piątek, 27 maja 2011

Dlaczego Wałęsa nie spotka się z Obamą?

No właśnie? W podany powód - inne zaplanowane wcześniej spotkania - nie wierzę, i nikt rozsądny chyba nie uwierzy. Próbowałem w sieci znaleźć jakieś informacje czy spekulacje - właściwie widać było tylko jeden trop - niechęć do spotkania z Obamą w towarzystwie kogoś z rodziny Kaczyńskich. Jeżeli tak było rzeczywiście, to byłoby to bardzo smutne. Mam nadzieję, że był jednak jakiś inny powód, którego były prezydent wolał nie podawać.

Szczyt G8, G20, G30...

Skończył się właśnie szczyt G8. Uczestniczyli w nim przedstawiciele 8 największych gospodarek świata (dobra, dobra, umiem słuchać - 8 najbardziej uprzemysłowionych państw świata - ale chcę się trochę poczepiać). A ja sobie zadałem pytanie: a kto robił ranking? Bo, jak wiadomo, statystyka to dziwka.

W szczycie uczestniczyło 8 państw: USA, Francja, Kanada, Rosja, Wielka Brytania, Japonia, Niemcy, Włochy. Tymczasem według CIA Factbook lista ta powinna wyglądać następująco:
1. USA
2. Chiny
3. Japonia
4. Indie
5. Niemcy
6. Rosja
7. Brazylia
8. Wielka Brytania

Francuska gospodarka zajmuje na tej liście miejsce 9., Włochy są 10., a Kanada 14. Lista gospodarczych potęg świata się zmienia - wypadają z niej kraje europejskie, a pojawiają się - Chiny, Indie, Brazylia, Meksyk (11. gospodarka świata) Korea Południowa (miejsce 12.). Jaki z tego wniosek?

Szansą na utrzymanie wpływu na kształt świata w dłuższej perspektywie jest współdziałanie - Europa podzielona dość szybko stanie się historycznym skansenem. Jesteśmy na Unię Europejską skazani. Swoją drogą, mogliby przywódcy krajów UE się postarać i w przyszłych szczytach wystawić jedną wspólną reprezentację. Zamiast Francji, Wielkiej Brytanii, Niemiec i Włoch byłaby Unia Europejska - w ten sposób i nasze interesy byłyby tam chociaż w minimalnym stopniu reprezentowane. A trzy zwolnione miejsca mogłyby zostać zajęte przez Chiny, Indie i Brazylię - ku zadowoleniu tych państw i ku pożytkowi całego świata.

A swoją drogą, wiecie, które miejsce na tej liście zajmuje Polska? Jesteśmy dwudziestą gospodarką świata, i powinniśmy domagać się prawa udziału w spotkaniach G20. Na szczęście na spotkania G30 już nas się zaprasza...

Dolce vita

Świadkowie Jehowy, gdy pukają do moich drzwi, przeżywają mały wstrząs. Po ich częstym wstępie: "Czy nie uważa Pan, że na świecie dzieje się coraz więcej zła? Wojny, kataklizmy, ludzie krzywdzący innych ludzi?" - odpowiadam: "Nie, nie uważam tak. Myślę, że świat jest coraz lepszy, życie jest łatwiejsze, i idzie ku lepszemu". Myślę, że jestem wśród naszych rodaków wyjątkiem, bo na takie dictum zazwyczaj brak im szybkiej reakcji.

Po ostatnich protestach Solidarności czas na jakieś kontrargumenty: otóż, Puls Biznesu podaje po analizie danych GUS, że w 2010 roku nasi rodacy średnio byli w stanie zaoszczędzić 17% swych zarobków. W 2009 było to 14%, a pięć lat temu 9%. Wzrost z 14. do 17. procent to wzrost dwudziestoprocentowy.

Wiem, że komuś żyje się ciężej, ale uwierzcie - komuś innemu żyje się lżej. A średnio żyje nam się lżej.

I bardzo się z tego cieszę, i mam nadzieję, że w przyszłym roku będzie jeszcze lepiej.

Sicher ist Sicher

Na zakończonym przed chwilą szczycie G8 podano informację, że Rosjanie zawarli z Francją umowę na dostawę okrętów Mistral. Rosja zabiegała o to od lat i prezydent Miedwiediew nie krył zadowolenia. Następnego dnia podano, że Rosja potępiła reżim Kadafiego, co oznacza w niedługiej perspektywie upadek Kadafiego i - upraszczając - libijską ropę w brzuchach francuskich tankowców.

poniedziałek, 23 maja 2011

Keny Keczułoki

To bardzo znana piosenka - teledysk ze słowami obejrzycie sobie tutaj.

Zamknięcie strony antykomor.pl

Słyszeliście o stronie AntyKomor.pl? Bo ja do soboty o niej nie słyszałem.

25-letni Robert Frycz prowadził stronę o tematyce satyrycznej, przy czym ostrze tej satyry było zwrócone przeciwko obecnie urzędującemu prezydentowi RP Bronisławowi Komorowskiemu. Myślę, że takich stron jest sporo - i ja na swoim blogu napisałem kilka artykułów, opisujących co bardziej malownicze wpadki Pana Prezydenta.

W środę, 18 maja 2011 roku, o godzinie szóstej rano, do drzwi mieszkania Roberta Frycza zapukało 6 funkcjonariuszy Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego i 2 policjantów. Przeszukali mieszkanie, piwnicę, zarekwirowali sprzęt komputerowy. Autor zamknął witrynę.

W Guglu ciągle można obejrzeć kopie podstron serwisu AntyKomor.pl. Widać na nich wyraźnie, że strona miała charakter satyryczny (co bardziej udane zdjęcia Pana Prezydenta, Pierwsza Dama podczas kąpieli w Bałtyku, licznik, pokazujący, ile dni zostało do końca kadencji Bronisława Komorowskiego). Są też dwie gry - Komor Killer i Komor Szoter, które według ABW namawiają do zabicia (!!!) prezydenta.

OK, to już wiemy, że nasza władza nie ma poczucia humoru. To właśnie zarzucano wcześniej ś. p. Lechowi Kaczyńskiemu. Okazuje się, że można się śmiać, ale z "nich". Z "nas" śmiać się nie wolno.

Podejrzewam, że bezpośrednią przyczyną tej pokazowej akcji był fakt, że strona zaczęła w Guglu być wyrzucana na drugim miejscu po wpisaniu frazy "Bronisław Komorowski".

Co w tym wszystkim jest najbardziej przygnębiające? Represje są dziełem ludzi, którzy "na styropianie" walczyli z cenzurą. Teraz - powiem to brzydko - wypróżniają się na ideały, o które walczyli trzydzieści lat temu. Są starsi, bogatsi, mają władzę. I sięgną po nią, by zgnoić takich, jak oni sami - trzydzieści lat wcześniej.

Co jest pocieszające? Po pierwsze, że akcja nie przeszła bez echa. Jestem przekonany, że przyniesie rządzącej partii więcej szkody, niż pożytku.
Po drugie, akcja świadczy o tym, jak potężnym środkiem komunikacji masowej stał się Internet. Postawcie sobie pytanie: czy łatwiej wygrać wybory, mając w garści media tradycyjne, czy Internet? W przeszłości na pewno ważniejsze były te pierwsze, w przyszłości na pewno ważniejsze będzie to drugie. Wydarzenia takie, jak opisywane, są wskaźnikiem punktu przełomu. To dzieje się teraz. Dlaczego to jest pocieszające? Bo Internet jest medium znacznie pojemniejszym i pluralistycznym. Trudniejszym do manipulowania.

Jeżeli ten przełom nastąpi, to myślę, że będziemy świadkami wielu takich akcji, i to na całym świecie.

Ktoś z Was pamięta serwis anon.penet.fi i Kościół Scjentologiczny? Działania ABW to kolejne wyładowanie w napięciach, powstających pomiędzy społecznością internetową, która ceni wolność, oferowaną przez to medium, a grupami władzy, dla których jesteśmy bydłem, hodowanym dla strzyżenia, dojenia, czasami dla mięsa.

piątek, 20 maja 2011

Bardzo ciekawe oświadczyny

Zobaczcie, jaki sposób na oświadczyny wymyślił pewien chłopak:

Humor na dziś 6

Wiecie, co to jest "łiłe łiłe łakju"? Jak się nie domyślacie, to spróbujcie w Guglu wpisać...

Dzieło Caritas - pomoc powodzianom

W "Wiadomościach" ostatnio pojawiło się kilka reportaży z terenów rok temu dotkniętych powodzią. Uderza z nich jedno: państwo polskie niewiele zrobiło, by pomóc powodzianom czy uchronić się przed podobną tragedią w przyszłości. Na tle indolencji państwa uderzają dokonania Caritas Polska - instytucji, która zbiera dobrowolne datki od ludzi o sercu otwartym na innych. Tekst (z dzisiejszych stron internetowych Rzeczpospolitej) tak mnie poruszył, że wklejam go w całości:

Ponad 46,1 mln zł wyniosła wartość pomocy udzielonej przez Caritas Polska dla osób poszkodowanych przez ubiegłoroczną powódź w południowej i centralnej Polsce
Podkreśliła, że Caritas zorganizowała wówczas pomoc doraźną i długofalową dla tysięcy poszkodowanych. Wartość pomocy przekazanej Caritas diecezjalnym przez Caritas Polska wyniosła ponad 23 mln zł, a wartość pomocy zebranej przez Caritas diecezjalne (bez udziału Caritas Polska) wyniosła również ponad 23 mln zł.
Caritas - jak powiedziała rzeczniczka prasowa Olga Kołtuniak - m.in. zorganizowała wypoczynek wakacyjny dla 1,7 tys. dzieci, które ucierpiały na skutek kataklizmu, zorganizowała akcję "Tornister pełen uśmiechów", z której skorzystało prawie 6 tys. dzieci. W tornistrach znajdowały się zeszyty, bloki rysunkowe, piórniki z wyposażeniem, kredki, farbki, kalkulatory oraz przybory geometryczne.
Ponadto, Caritas wysłała 45 tirów płodów rolnych na tereny poszkodowane przez powódź i 120 ton darów zebranych podczas zbiórki dla powodzian. - Caritas dostarczała nie tylko żywność, ale także przed zimą opał i węgiel - podkreśliła Kołtuniak. Dodała, że wolontariusze Caritas pomagali właścicielom domów w ich sprzątaniu i osuszaniu, a także zbierali jedzenie, wodę, meble i ubrania.
Rzeczniczka przypomniała, że pierwsza fala powodzi (14-18 maja ub.r.) spowodowała poważne zniszczenia, najpierw na południu, a potem w centrum Polski. Kulminacja fali wezbraniowej na Wiśle była wówczas największa od 160 lat, a poziom wody przekroczył ten z powodzi tysiąclecia w 1997 r.
Zalane zostały domy mieszkalne i gospodarstwa rolne, zniszczone drogi i mosty, połączenia kolejowe, kościoły i cmentarze. Woda wyrządziła poważne szkody w województwach śląskim, małopolskim, podkarpackim, lubelskim i mazowieckim. Pod wodą znalazły się m.in. Czechowice Dziedzice, Chełm Śląski, Oświęcim, Kraków, Sandomierz, Tarnobrzeg. Również Odra przerwała wały przeciwpowodziowe niszcząc miasteczka i wioski w swym rozlewisku. Wystąpiło ponad 1300 osuwisk. Poważnie ucierpiały nie tylko domy, ale sady i pola uprawne.
Druga fala powodziowa przeszła przez Polskę w dniach 1-2 czerwca. Woda zalała na nowo południową część Małopolski oraz Podkarpacie, województwo świętokrzyskie i lubelskie. W wyniku powodzi ucierpiały: Jasło, Sandomierz, Tarnobrzeg oraz gminy Wilków, Szczucin, Janowiec, Tarłów. Woda zalała 554 hektarów w 2157 miejscowościach. 7 sierpnia wylała rzeka Miedzianka zalewając 75 proc. powierzchni Bogatyni. Woda zniszczyła mosty i drogi prowadzące do miasta. Zalana została kopalnia odkrywkowa. Żywioł zagroził również Zgorzelcowi. W powiecie zgorzeleckim ewakuowano mieszkańców Porajowa, Radomierzyc, Sieniawki i Koźlic.
Z danych Caritas w Polsce wynika, iż wskutek powodzi zginęło 25 osób a poszkodowanych zostało 266 tysięcy. Ewakuowano 31 tys. osób, 20 730 mieszkań i domów zostało zalanych lub podtopionych. Straty poniosło 811 gmin oraz 1300 przedsiębiorstw. Woda uszkodziła 80 tys. km dróg wojewódzkich, gminnych i powiatowych oraz 1160 km dróg krajowych, 59 mostów. Straty oszacowano na ok. 12 mld zł.

Żart na dziś 5

Dziś żart obrazkowy:

wtorek, 17 maja 2011

Kibice a rząd

Wyczytałem na Telegazecie, że we Wrocławiu policjanci mieli polecenie, by wyłapywać tych kibiców, którzy będą wznosić hasła przeciwko rządowi. Powiedział tak jeden z policjantów, mających ochraniać spotkanie ligowe na stadionie Śląska Wrocław. Jego przełożony zaprzecza, by coś podobnego miało miejsce.
Podobna sytuacja miała miejsce w Białymstoku, gdzie policja nie interweniowała, dopóki kibice nie zaczęli wznosić antyrządowych haseł.
To są zachowania państwa policyjnego. Smutne, że takie rzeczy dzieją się za rządów ludzi, którzy walczyli sami z takim państwem.

Aha, jeszcze taki mały prztyczek: podobno SLD chciała wnieść pod obrady Sejmu projekt ustawy przeciwko językowi nienawiści. A czy określenie "kibole" to nie jest czasami język nienawiści? Co na to Krajowa Rada Radiofonii i Telewizji? Przecież tak paskudnego słowa używa się w telewizji państwowej? Nie widziałem, by ktokolwiek z SLD to piętnował. To słynna mentalność Kalego z "W pustyni i w puszczy" Sienkiewicza - jak przeciwko nam, to mowa nienawiści. Jak my, to inaczej przecież o tych faszystach mówić nie da rady!

Aresztowanie Dominique Strauss-Kahna

O tym chyba wszyscy słyszeliście - w Nowym Jorku aresztowano na lotnisku Dominique Strauss-Kahna, szefa Międzynarodowego Funduszu Walutowego, jednego z najpotężniejszych ludzi na naszej planecie. Bo wcześniej w hotelu próbował zgwałcić i uwięził młodą latynoską pokojówkę. Podobno ekscesy seksualne zdarzały mu się wcześniej. Był murowanym kandydatem socjalistów w przyszłych wyborach prezydenckich we Francji.

MFW, chcąc jak najszybciej odciąć się od skandalu, zaczęło szukać następcy. Podobno w gronie kandydatów są dwaj Polacy. Jak o tym usłyszałem, to pomyślałem - kto z naszych rodaków ma odpowiednie kwalifikacje? No i jest znany na arenie międzynarodowej? No chyba tylko ci dwaj - senator Piesiewicz i reżyser Polański. Ale okazało się, że to jednak chodzi o inne kwalifikacje, i kandydatami owymi są profesorowie Balcerowicz i Belka. Obaj, podobnie jak i Strauss-Kahn, z dobrą socjalistyczną przeszłością. Może więc mają i jakieś szanse.

A co Wy o tym myślicie? Wolicie żyć w światłej Europie, gdzie za podobne wybryki można zapuszkować jakiegoś Józka z Koziej Wólki, ale nie tych najlepszych z nas? Czy jednak lepsza taka Ameryka, gdzie słowo Portorykanki waży tyle samo, co szefa największej instytucji finansowej świata?

Kolejna wpadka prezydenta Komorowskiego

Chyba punktowanie tego człowieka zaczyna mi sprawiać przyjemność... Jest to jakaś moja reakcja na to, jak media starały się ośmieszyć Lecha Kaczyńskiego. Teraz przy Komorowskim te same media milczą, chociaż wpadki są moim zdaniem "wdzięczniejsze".

O winie, które wypił królowej Szwecji, nawet mi się pisać nie chciało, ale teraz (po ponad dwóch tygodniach!!!) dowiedziałem się, że na audiencję u papieża Benedykta XVI nasz prezydent spóźnił się 25 minut. Nie podano żadnego sensownego wytłumaczenia. Dobrze wychowany papież poczekał. Ciekawe jest to, że znacznie więcej szumu zrobiono nad opóźnionym pociągiem powrotnym z delegacją PiS, niż nad tym afrontem.

sobota, 14 maja 2011

Czy leci z nami pilot?

Właśnie przed chwilką, przełączając kanały, trafiłem na komedię "Czy leci z nami pilot?" na TVN7, i na kultową scenę, niestety, nie do oddania w języku polskim. W oryginale szło to tak:
Rumack: Can you fly this plane, and land it?
Ted Striker: Surely you can't be serious.
Rumack: I am serious... and don't call me Shirley.
Tu znajdziecie tę scenę. Jest ona godna zapamiętania także z tego powodu, że Leslie Nielsen nie był wtedy jeszcze znany jako aktor komediowy. Tu zrobił to, co robił najlepiej na świecie: wygłaszał najbzdurniejsze teksty z kamienną twarzą.


Jeżeli chcielibyście poczytać więcej smakowitych dialogów z tego filmu, to odwiedźcie tę stronę.

Żart na dziś 4

Byłem wczoraj na zajęciach z psychologii, gdzie uczyliśmy się o Pawłowie. Strasznie śmialiśmy się z tego, jakie te psy były głupie.
W każdym razie wtedy zadzwonił dzwonek i wszyscy udaliśmy się do stołówki na obiad.

Piękny gol Mikaela Granlunda

Na hokeju za bardzo się nie znam, ale lubię od czasu do czasu popatrzeć na mecze czołowych drużyn. Teraz trwają mistrzostwa świata, wczoraj Finlandia grała z Rosją. Wyjątkową bramkę strzelił Mikael Granlund - możecie obejrzeć ją sobie tutaj.

A swoją drogą - dlaczego w hokeju można zatrzymać czas podczas przerwy w grze, mecze są sędziowane przez kilku sędziów w polu, w kontrowersyjnych sytuacjach sędziowie czekają na analizę materiału wideo - a w piłce nożnej nie można tego typu prostych zasad, zmierzających do obiektywizacji rozgrywek wprowadzić? Podejrzewam, że odpowiedź może być dość prosta - decydentom nie zależy na obiektywizacji...

Polityka plemienna

Przed chwilą w TVP Info widziałem wywiad z Markiem Borowskim. Ja do lewicy sympatią nie pałam, ale Borowski powiedział coś, co jest zgodne z moimi spostrzeżeniami. Opisał krótko zjawisko, które nazwał "polityką plemienną" - chodziło o to, że ostatnio politykę w Polsce uprawia się w następujący sposób: należy krytykować wszystko, co robią inne partie, nieważne, czy jest to coś złego, czy dobrego.

Pamiętam, że po 1989 roku często myślałem z sympatią o politykach różnych partii nie dlatego, że zgadzałem się z ich poglądami, ale dlatego, że mieli odwagę pochwalić swych politycznych adwersarzy, gdy na te pochwały zasłużyli. Niestety, ten styl dojrzałego politykowania skończył się w 2005 roku. Platforma Obywatelska przyjęła nową w tej skali postawę na polskiej scenie politycznej - zaczęła totalnie krytykować Prawo i Sprawiedliwość, nawet wtedy, gdy coś im się udało. Zasada była jedna - oni wszystko robią źle, i tak trzeba ich działania komentować. Okazało się, że polskie społeczeństwo jest bardzo bezkrytyczne wobec tego typu treści. Metoda udowodniła swą skuteczność i ujęła Jarosława Kaczyńskiego. Po przegranych w 2007 roku wyborach polecił stosować ją przez swoją partię, i teraz PiS totalnie krytykuje każde działanie PO. Mamy więc już szósty rok polityki uprawianej w stylu, nieobecnym wcześniej.

Nie podoba mi się ten styl, nie akceptuję go i czuję niechęć do osób, dla których skuteczność jest ważniejsza niż uczciwość. Według ich kryteriów oznacza to, że po prostu nie posiadam podstawowych zdolności politycznych, i tyle.

Niestety, dopóki tak duża część polskiego społeczeństwa będzie podatna na manipulacje, wątpię, by politycy czołowych partii chcieli zrezygnować z tej niezwykle skutecznej metody. Krytycyzmu powinna uczyć szkoła, ale to jest osobny temat.

środa, 11 maja 2011

Książka przeczytana: Jarosław Grzędowicz - Pan Lodowego Ogrodu (część 3.)

Gdzieś w połowie tomu doszedłem do wniosku, że coś Grzędowiczowi nie wychodzi, bo za późno rozgrywa akcję - pewne wydarzenia powinny rozegrać się gdzieś na początku drugiego tomu. A potem od razu pomyślałem - a może to nie skończy się na trzech tomach? Sprawdziłem - i dołączyłem do, jak się okazało, wielkiej rzeszy oczekujących na tom czwarty. Wielu z nich czeka od końca 2009 roku, więc jestem w sytuacji uprzywilejowanej. Na ostatnim Pyrkonie padła deklaracja wydawcy o pojawieniu się w sprzedaży OSTATNIEGO (w znaczeniu last, nie latest) tomu Pana Lodowego Ogrodu jesienią tego roku.

Książka jest świetna. Zastrzeżenia mam tylko do jej struktury - wolałbym, by każdy tom tworzył jakąś całość. Mam wrażenie, że udało się tak z tomem pierwszym, jednak drugi i trzeci zostały przerwane w trakcie barwnej narracji, co pozostawia ogromny niedosyt.

Te moje notki nie mają być recenzjami, tylko śladami po książkach przeczytanych. Nie chcę też psuć szczegółami zabawy tym, którzy do przeczytanych przeze mnie książek jeszcze nie dotarli. A propos Pana Lodowego Ogrodu dodam, że autor potrafi wpleść w historię drobne wątki czy uwagi, które nieuważnemu - lub nieodpowiednio nastrojonemu - czytelnikowi mogą łatwo umknąć, a które działają jak przyprawa w daniu - zadośćuczynią bardziej wybrednym gustom.

Ciekaw jestem, jak autor poprowadzi akcję w tomie czwartym. Trzeci kończy się hiczkokowskim trzęsieniem ziemi, więc jest szansa rozpoczęcia z wysokiego C. Byłoby pięknie, gdyby moment kulminacyjny nastąpił wcześniej, niż kilka stron przed końcem powieści, by autor - podobnie jak JRR Tolkien we Władcy Pierścieni, pozwolił bohaterom spokojnie się z nami pożegnać.

Za pół roku będziemy wiedzieć.

poniedziałek, 9 maja 2011

Wenezuela część III - delta Orinoko

Samolotem dotarliśmy do Maturinu, gdzie przenocowaliśmy na przedmieściach. Następnego dnia dotarliśmy nad Orinoko, gdzie zapakowaliśmy się na łodzie, które chyżo pomknęły w dół rzeki - a właściwie jej głównej odnogi, bo Orinoko wpada do Morza Karaibskiego deltą. Łodzie, zaopatrzone w potężne silniki, ślizgały się po powierzchni, pędząc z prędkością kilkudziesięciu kilometrów na godzinę. Wzdłuż brzegów od czasu do czasu pojawiały się kolonie domków Indian Warao.
Palafitos Indian Warao. Widać pirogi, na drzewach widoczne linie przypływu.
Wody rzeki zmieniają wyraźnie poziom na skutek pływów - różnica wynosi ok. metra, domki budowane są więc na palach. To właśnie te charakterystyczne chatki, zwane palafitos, sprowokowały pierwszych Europejczyków, którzy dotarli na tereny dzisiejszej Wenezueli - tylko trochę dalej na zachód niż delta Orinoko - do nadania krainie jej obecnej nazwy, oznaczającej "małą Wenecję".
Dziewczę z plemienia Warao
Po kilkudziesięciu minutach skręciliśmy w mniejszą odnogę, potem w kolejną. Biorąc pod uwagę prędkość łodzi i czas, musieliśmy przepłynąć ok. 100-150 km w dół Orinoko. Docieramy w końcu do Campamento Abujene, zatopionego głęboko w dżungli skupiska palafitos, połączonego systemem pomostów, które staje się naszym tymczasowym domem.
Nasz dom w dżungli...
... i jego położenie geograficzne.
Teren jest bardzo podmokły, regularnie zalewany podczas przypływów wodami Orinoko. Nurt w odnodze, przy której znajduje się obóz, jest tak leniwy, że niezauważalny - podczas przypływu kępy roślinności płyną kanałem w jedną stronę, podczas odpływu w drugą.
Wszystko jest przesiąknięte naftą, by odstraszyć komary. Nad łóżkiem wisi moskitiera, w łazience z prysznica i umywalki cieknie woda, pobierana kilkadziesiąt metrów dalej wprost z rzeki.
Przy przystani rośnie drzewo, oblepione gniazdami charakterystycznych dla Wenezueli tęczanek strojnych (Chlorophonia pyrrhophrys).


Gniazda tęczanek
Mamy trochę czasu na odpoczynek, zwiedzamy więc obozowisko, obserwując dżunglę. Wśród liści dostrzegamy tukany, na rzeką krążą motyle. Podczas pobytu w delcie kilkakrotnie udaje nam się ujrzeć morfę (Morpho menelaus), wspaniałego, dużego błękitnego motyla.
Pieprzojad, czyli tukan.
Nagle z dżungli zaczynają nas dobiegać niskie, niepokojące ni to pohukiwania, ni to warczenie. Odgłosy stają się coraz bardziej intesywne, wyraźnie zbliżają się do obozowiska - brzmią też coraz bardziej przerażająco. Okazuje się, że to stado wyjców - największych małp Ameryki. Usłyszały chyba wzmożony hałas w obozie i przyszły się nam przyjrzeć. Podpływamy kawałeczek łódką i obserwujemy niewielkie stado, żerujące na czubkach drzew, otaczających nasz obóz. Dobrze, że przyszły nad obóz w ciągu dnia - nad ranem, słysząc je po raz kolejny, myślę sobie: "o, kolejne stado", i przewracam się na drugi bok - gdybym nie wiedział, co to za odgłos, ze strachu już bym nie usnął.


Po południu wybieramy się najpierw na wyprawę do dżungli. Na nogi nasuwamy gumacze, odsłonięte kawałki skóry smarujemy Deetem o dużym stężeniu - środkiem, opracowanym w latach sześćdziesiątych XX w. przez Amerykanów dla ich armii w Wietnamie. Po krótkiej przejażdżce łodzią przybijamy do brzegu i za przewodnikiem zanurzamy się w zieloność.
Dach dżungli
Brodzimy w podmokłej ściółce. Przewodnik zachęca nas do wdrapywania się po lianach, pokazuje, jak można z nich spijać wodę.


Środowisko jest dosyć paskudne - wszędzie pełno komarów, podczas kilkudziesięciu minut, spędzonych w dżungli widzę kilkadziesiąt małych skorpionów, raz na nodze jednej z osób ląduje dorodna tarantula.


Z ulgą wracam do łodzi. Płyniemy do osady Indian Warao, dla których turystyka to jedno ze źródeł dochodu. Plemię Warao liczy ok. 20 tys. osób, mają swój własny język i wielu z nich nie mówi po hiszpańsku. Głównymi zajęciami jest rybołóstwo i zbieractwo. Widzimy dzieci pływające po rzece w dłubankach, odpychające się od wody wiosłem o charakterystycznym uchwycie w kształcie litery U.
Indianie przez cały czas wykorzystują dłubanki
Charakterystyczne wiosło
W wiosce dziewczyny wybierają - wśród różnych dostępnych towarów - maty, koraliki, Maria kupuje też figurkę tukana, wyrzeźbioną w drzewie balsa, z nieodzownym ziarnem pieprzu w dziobie.


Warao słyną z plecionych przez siebie hamaków. Przyglądamy się życiu we wiosce. Jakaś dziewczyna pierze na pomoście, chłopiec wraca do wsi ze złowionymi rybami.


Po pamiątkowych zdjęciach pakujemy się do łodzi i wypływamy na środek rzeki. Podobno piranie żerują przy brzegach i kąpiel w środku nurtu jest bezpieczna - my widzieliśmy tubylców, kąpiących się przy samym brzegu, więc zagrożenie atakiem ze strony piranii wydaje się przesadzone, choć na Los Llanos przekonaliśmy się, ile ich pływa w rozlewiskach.


Woda jest ciepła i przyjemna, o wyraźnie czerwonej barwie. Taplamy się w niej z przyjemnością, a po jakimś czasie dołączają do nas dwie łodzie - z kolejnymi rękodziełami na sprzedaż. Dziewczyny korzystają z okazji i dokupują jeszcze parę rzeczy. Jedna z dziewczynek trzyma na kolanach noworodka - maluch urodził się dwa tygodnie wcześniej.

Dwutygodniowe maleństwo na rękach siostrzyczki. Od pierwszych chwil jego życie związane jest z rzeką.
Po kąpieli płyniemy łodzią leniwie, czekając na zachód słońca.


Zachwycający spektakl nie kończy się jednak wraz ze schowaniem się tarczy słonecznej za horyzontem - jest to dzień pełni i chwilę później po drugiej stronie zza drzew wyłania się pyzata twarz Księżyca. Do równika jest blisko, więc szybko robi się ciemno. W blasku miesiąca wracamy do obozowiska.


Nasz przewodnik, chcąc umilić nam oczekiwanie na kolację, wychodzi z jadalni i po chwili wraca - z tarantulą na ręce. Tłumaczy nam, że tarantula żądli jedynie wtedy, gdy zostanie sprowokowana. Wielu z nas decyduje się więc na bliższą znajomość. Maria, która u nas w domu znalezione pająki bierze do ręki i wypuszcza na dwór, bez obaw pozwala włochatemu pająkowi wspiąć się na swoje przedramię, a potem przejść na drugą rękę. Uczucie określa jako "miłe". Po chwili przewodnik przynosi "kieszonkowego" żółwia błotnego. Gdy idziemy po kolacji spać do naszych palafitos, pod pomostem chlupie woda przypływu.
Następnego dnia wybieramy się w odwrotnym kierunku - ku coraz mniejszym kanałom, by poprzyglądać się trochę przyrodzie.


Widzimy morfy, inie, udaje się zobaczyć - lecz niestety nie sfotografować - kolibra.
To nie koliber, oczywiście. Widzieliśmy nad Orinoko ponownie hoacyny, nie jestem jednak na 100% pewien, czy to jest hoacyn.
Na niebie zbierają się ciemne chmury i nagle zaczyna padać. Chowamy się przed gwałtowną ulewą pod płachtami folii. Deszcz mija po kilkunastu minutach. Przewodnik pokazuje nam co ciekawsze okazy flory Orinoko.




Maria z owocem kakaowca
Po południu wracamy do obozu, a po obiedzie żegnamy się z obozowiskiem, wracamy łodzią do cywilizacji. Następny przystanek - Ciudad Bolivar, skąd wyruszymy do Canaimy.

sobota, 7 maja 2011

Żart na dziś 3

1. Brodaty.
2. Gruby.
3. Śmiesznie się ubiera.
4. Rzadko odpowiada na pocztę.
5. Masz zerowe szanse, by dostać od niego to, czego chcesz.
6. Nie wiesz, skąd się bierze to, co on ma.
7. Nikt nie wie, przed kim on jest odpowiedzialny.
8. Musi pracować, gdy inni mają wolne.
9. Nie ma żony.
10. Nawet ateiści modlą się, by do nich przyszedł.
11. Nigdy nie znajdzie innej pracy - obecna jest zbyt specyficzna.

Święty Mikołaj czy admin, oto jest pytanie...

piątek, 6 maja 2011

Żart na dziś 2

Osama zabity. To niesamowite, czego mogą dokonać Amerykanie, gdy przestanie działać Playstation Network.