Pokazywanie postów oznaczonych etykietą podróże. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą podróże. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 15 marca 2015

Kokboru - kirgiski sport narodowy

Dziś podczas przejażdżki po górach w okolicy kirgiskiego Dżalalabadu natknęliśmy się na rozpoczynający się właśnie wyjątkowy spektakl.
Kokboru to narodowy sport wielu ludów Azji Środkowej, pod tą nazwą znany jest w Kirgistanie. Zabawa polega na tym, by zdobyć, a następnie wywieźć z kręgu graczy zabitego kozła. Jeżeli komuś się to uda, wygrał potyczkę, a gra zaczyna się na nowo.
Gra jest bardzo żywiołowa, momentami brutalna. Gracze odziani są zazwyczaj grubo, niektórzy chronią głowy czapkami sowieckich czołgistów - baty ostro pracują i chociaż świadome okładanie nimi przeciwników jest naruszeniem ducha rywalizacji, to w tumulcie można nieraz oberwać. Niekiedy przewraca się koń razem z jeźdźcem, czasami jeździec wylatuje z siodła.
 Rozpoczyna się zabawa.

 W kotle jest bardzo brutalnie - popatrzcie na łby koni.

 Zwycięzca ucieka z kotła z kozłem przerzuconym przez siodło.



 Niektórzy noszą na głowach charakterystyczne kołpaki - tradycyjne nakrycie głowy kirgiskich mężczyzn.

Ewelina Grądzka, ojciec Adam Malinowski SJ i ja jesteśmy jedynymi nie-Kirgizami, oglądającymi to widowisko, Ewelina dodatkowo jedyną kobietą. Miejscowi odnoszą się do nas życzliwie, wyjaśniają zasady.



A tak wygląda boisko do gry - bezkresne górskie łąki - jesteśmy na wysokości 900 metrów n. p. m.

środa, 20 czerwca 2012

Książka przeczytana: Roald Amundsen - Zdobycie Bieguna Południowego

Z okazji urodzin w prezencie od rodziny otrzymałem Kindle'a - proste urządzenie, elektroniczny czytnik książek, przenośna biblioteka. Tym jest i do tego nadaje się doskonale. Książka Roalda Amundsena to pierwsza duża pozycja, przeczytana przeze mnie w całości na Kindle'u. Miła lektura - jak znakomita większość książek podróżniczych, które czytałem. Amundsen jest taki bardzo - norweski. Teraz chętnie poczytałbym dzienniki Scotta, ale jakoś nie dałem rady ich znaleźć w postaci elektronicznej, a inne lektury czekają. Poza tym płodozmian wskazany.

wtorek, 20 grudnia 2011

Wenezuela część IV - Canaima

Canaima to jedna z głównych atrakcji turystycznych Wenezueli. Park narodowy, założony w 1962 roku, został w 1994 roku umieszczony na liście światowego dziedzictwa UNESCO. Park położony jest w południowo-wschodniej części Wenezueli. Nie można do niego praktycznie dotrzeć lądem - łączność ze światem zapewniają awionetki, latające najczęściej na trasie Ciudad Bolivar - lotnisko polowe przy jeziorze Canaima. My również docieramy do niego tą drogą.
Laguna Canaima z lotu awionetki

Park słynie z dwóch atrakcji - są to charakterystyczne płaskowyże, zwane tepui, wznoszące się na kilkaset metrów ponad otaczający je teren - o płaskich szczytach i prawie pionowych ścianach, oraz najwyższy wodospad świata, Salto Angel.
Rzeka Carrao, w tle jeden z tepui

Park zamieszkują Indianie z plemienia Pemon, których jest ok. 15 tys. Z tego, co zrozumiałem, mają chyba wyłączność na obsługę ruchu turystycznego w parku, co jest ich głównym źródłem dochodu.
Jedna z mieszkanek Canaimy

Lądujemy w Canaimie 21 stycznia - to nie jest dobry czas. Na przełomie listopada i grudnia w Wenezueli kończy się pora deszczowa i od tamtego czasu poziom wody w rzekach Canaimy opada - a by dotrzeć do wodospadu Salto Angel, trzeba przebyć wiele kilometrów w górę dwóch rzek, wijących się pomiędzy tepui. Normalnie o tej porze stan wód jest już zbyt niski, by móc łodziami do wodospadu dotrzeć - grudzień 2010 był jednak deszczowy i woda w rzekach zaczęła opadać później - przewodnicy informowali nas, że dwa dni przed naszym przybyciem udało się dotrzeć do wodospadu, chociaż droga zabrała im 6 godzin - w normalnych warunkach potrzeba jedynie czerech godzin. Zapada decyzja - próbujemy!
Niski stan wody w rzekach utrudniał podróż

Następnego dnia wyruszamy ok. godz. 10. Z początku podróż jest dosyć przyjemna - łódź szybko mknie pod prąd szerokiej rzeki. Na pierwsze katarakty natykamy się już po kilkudziesięciu minutach. My omijamy je z głównym przewodnikiem, Kaiko, kilkukilometrową drogą w stepowym krajobrazie. Andrzejek łapie ogromnego konika polnego, pokazuje go Kaiko. Nasz przewodnik polubił Andrzejka, rezolutnego, wesołego blondynka z dalekiej Europy - zrywa po drodze źdźbła traw i wyplata z nich dla Andrzeja opaskę na czoło.
Maciej i gigantyczny konik polny

Wracamy na łodzie. Z czasem rzeka staje się coraz węższa, a kamienie, zalegające jej dno, coraz bardziej widoczne. Nasza łódź zaczyna haczyć o dno strumienia, trzej chłopacy, którzy stanowią jej załogę, wyskakują za burtę i przepychają ją przez mielizny. Po jakimś czasie przestaje to wystarczać - nie obędzie się bez naszej pomocy. Pada polecenie: "Guys out!". Dziewczyny zostają w łodzi, my wyskakujemy za burtę i pchamy łódź pod prąd wraz z naszymi przewodnikami.
Guys, out!

Z każdym kilometrem jest coraz ciężej, nurt jest coraz gwałtowniejszy. Po kilkudziesięciu razach zaczyna brakować sił, by wdrapać się do łodzi - po to, by po kilku minutach wyskakiwać znowu za burtę. Zdarza się, że prąd porywa któregoś z nas - chwytamy się kurczowo rękami burty, a inni pomagają wciągnąć się na pokład. Nurt momentami jest tak silny, że przewodnicy stosują liny, by uniknąć zderzenia łodzi ze skałami.
Znowu pchamy

Zbliża się noc i rośnie również niepokój naszych przewodników - nie spodziewali się, że będzie aż tak ciężko i że stracimy tyle czasu, by dotrzeć na miejsce.

Ostatnie kilometry pokonujemy w totalnej ciemności. Jesteśmy w dżungli, gdzie nie ma cywilizacji i żadnych źródeł światła. Przewodnicy oświetlają rzekę latarkami, widzimy w powietrzu jakieś świecące robaczki, na brzegu czasami jakąś poświatę - chyba roślin. Musimy pilnować, by nikt nie zginął - w szumie wody nie słyszelibyśmy jego krzyku, a w ciemności łatwo przeoczyć, że ktoś został porwany przez nurt. Do dziś ze strachem wspominam ostatnie kilkadziesiąt minut tej drogi. Nic na szczęście się nie dzieje - docieramy do obozu po dziesięciu godzinach drogi, zupełnie wyczerpani, przemoczeni - nie ma w co się nawet przebrać, nie przypuszczaliśmy, wyruszając, że przyjdzie nam cały dzień pchać łódź, brodząc po pas w wodzie.
Kręty i wartki nurt wyrzeźbił w skałach niesamowite kształty

Jemy kolację i zasypiamy w hamakach. Jeszcze przed zaśnięciem, nisko nad południowym horyzontem widzę na niebie Wielki Obłok Magellana.

Budzimy się następnego dnia - z bolącymi mięśniami. Dziewczyny, które nie były tak zmęczone podróżą, jak my, miały problemy z przespaniem nocy w hamaku - ja spałem jak kamień. Trzeba wbić się w mokre jeszcze rzeczy - jednak z terenu obozu widać już wodospad.
Widok na wodospad z dżungli

Salto Angel - wodospad anioła - chociaż tak naprawdę jego nazwa pochodzi od nazwiska odkrywcy, amerykańskiego pilota Jimmiego Angela, który jako pierwszy przeleciał nad nim samolotem w 1933 roku. W 1937 roku powrócił i próbował wylądować na szczycie tepui, z którego wypływa wodospad - samolot zarył jednak w grząskim gruncie. Zejście z płaskowyżu i powrót do cywilizacji zajęło Angelowi i załodze, wśród której była jego żona, 11 dni. O jego przygodach zrobiło się głośno i wodospad nazwano jego imieniem.
Hamakownia, w tle Salto Angel

Jest to najwyższy wodospad na świecie. Spotyka się różne dane - swobodny spadek wody ma prawie 1000 metrów. Nie wygląda na tyle - robi wrażenie wąziutkiej, wysokiej strugi, w krystalicznie czystym powietrzu zawieszonej wzdłuż pionowej ściany góry. W uświadomieniu skali pomaga trochę obserwacja wody, która spada w jakimś onirycznie wolnym tempie.
Autor pod Salto Angel

Idziemy przez dżunglę do podstawy wodospadu. Moje skarpetki rozerwały się na strzępy na kamieniach poprzedniego dnia, do buta dostaje się piach, który boleśnie obciera mi stopy, zdejmuję więc obuwie i ostatnie kilkadziesiąt minut wspinaczki przez selwę pokonuję - wzorem Cejrowskiego - na bosaka.
Droga przez selwę

Nie dochodzimy do głównego kotła, który ma głębokość 30 metrów, lecz do podstawy wypływającego z niego mniejszego wodospadu. Kąpiemy się w chłodnej, przezroczystej wodzie, która jeszcze przed chwilą spadała w najwyższą na świecie wodną przepaść.
Kąpiel pod wodospadem

Powrót czółnami do przystani Canaima jest łatwiejszy, niż podróż w górę rzeki, jednak i tak od czasu do czasu słyszymy znienawidzone "guys out!". Do wioski docieramy znowu po zmroku. Nikt po nas już nie wyruszy w kierunku Salto Angel aż do kolejnych deszczów.

Następnego dnia wybieramy się na krótką wycieczkę łodzią po lagunie do wodospadów na rzece Carrao. Te wodospady są niższe, za to szerokie, z bardzo dużym przepływem wody.
Maria z laguną Canaima i wodospadami w tle
... i chłopaki przed wodospadami

Wchodzimy pod ich kurtynę i podziwiamy lagunę przez welon wodny - w powietrzu wisi wilgoć z rozbitych o skały kropli, więc ubrania wilgotnieją.
Za wodną kurtyną

To nasze pożegnanie z Canaimą - wracamy do osady. Andrzejek żegna się z naszym przewodnikiem Kaiko - dostaje od niego jego adres poczty elektronicznej - zdobycze cywilizacji dostępne w dżungli dzięki łączności satelitarnej. Awionetki zabierają nas na północ.

poniedziałek, 9 maja 2011

Wenezuela część III - delta Orinoko

Samolotem dotarliśmy do Maturinu, gdzie przenocowaliśmy na przedmieściach. Następnego dnia dotarliśmy nad Orinoko, gdzie zapakowaliśmy się na łodzie, które chyżo pomknęły w dół rzeki - a właściwie jej głównej odnogi, bo Orinoko wpada do Morza Karaibskiego deltą. Łodzie, zaopatrzone w potężne silniki, ślizgały się po powierzchni, pędząc z prędkością kilkudziesięciu kilometrów na godzinę. Wzdłuż brzegów od czasu do czasu pojawiały się kolonie domków Indian Warao.
Palafitos Indian Warao. Widać pirogi, na drzewach widoczne linie przypływu.
Wody rzeki zmieniają wyraźnie poziom na skutek pływów - różnica wynosi ok. metra, domki budowane są więc na palach. To właśnie te charakterystyczne chatki, zwane palafitos, sprowokowały pierwszych Europejczyków, którzy dotarli na tereny dzisiejszej Wenezueli - tylko trochę dalej na zachód niż delta Orinoko - do nadania krainie jej obecnej nazwy, oznaczającej "małą Wenecję".
Dziewczę z plemienia Warao
Po kilkudziesięciu minutach skręciliśmy w mniejszą odnogę, potem w kolejną. Biorąc pod uwagę prędkość łodzi i czas, musieliśmy przepłynąć ok. 100-150 km w dół Orinoko. Docieramy w końcu do Campamento Abujene, zatopionego głęboko w dżungli skupiska palafitos, połączonego systemem pomostów, które staje się naszym tymczasowym domem.
Nasz dom w dżungli...
... i jego położenie geograficzne.
Teren jest bardzo podmokły, regularnie zalewany podczas przypływów wodami Orinoko. Nurt w odnodze, przy której znajduje się obóz, jest tak leniwy, że niezauważalny - podczas przypływu kępy roślinności płyną kanałem w jedną stronę, podczas odpływu w drugą.
Wszystko jest przesiąknięte naftą, by odstraszyć komary. Nad łóżkiem wisi moskitiera, w łazience z prysznica i umywalki cieknie woda, pobierana kilkadziesiąt metrów dalej wprost z rzeki.
Przy przystani rośnie drzewo, oblepione gniazdami charakterystycznych dla Wenezueli tęczanek strojnych (Chlorophonia pyrrhophrys).


Gniazda tęczanek
Mamy trochę czasu na odpoczynek, zwiedzamy więc obozowisko, obserwując dżunglę. Wśród liści dostrzegamy tukany, na rzeką krążą motyle. Podczas pobytu w delcie kilkakrotnie udaje nam się ujrzeć morfę (Morpho menelaus), wspaniałego, dużego błękitnego motyla.
Pieprzojad, czyli tukan.
Nagle z dżungli zaczynają nas dobiegać niskie, niepokojące ni to pohukiwania, ni to warczenie. Odgłosy stają się coraz bardziej intesywne, wyraźnie zbliżają się do obozowiska - brzmią też coraz bardziej przerażająco. Okazuje się, że to stado wyjców - największych małp Ameryki. Usłyszały chyba wzmożony hałas w obozie i przyszły się nam przyjrzeć. Podpływamy kawałeczek łódką i obserwujemy niewielkie stado, żerujące na czubkach drzew, otaczających nasz obóz. Dobrze, że przyszły nad obóz w ciągu dnia - nad ranem, słysząc je po raz kolejny, myślę sobie: "o, kolejne stado", i przewracam się na drugi bok - gdybym nie wiedział, co to za odgłos, ze strachu już bym nie usnął.


Po południu wybieramy się najpierw na wyprawę do dżungli. Na nogi nasuwamy gumacze, odsłonięte kawałki skóry smarujemy Deetem o dużym stężeniu - środkiem, opracowanym w latach sześćdziesiątych XX w. przez Amerykanów dla ich armii w Wietnamie. Po krótkiej przejażdżce łodzią przybijamy do brzegu i za przewodnikiem zanurzamy się w zieloność.
Dach dżungli
Brodzimy w podmokłej ściółce. Przewodnik zachęca nas do wdrapywania się po lianach, pokazuje, jak można z nich spijać wodę.


Środowisko jest dosyć paskudne - wszędzie pełno komarów, podczas kilkudziesięciu minut, spędzonych w dżungli widzę kilkadziesiąt małych skorpionów, raz na nodze jednej z osób ląduje dorodna tarantula.


Z ulgą wracam do łodzi. Płyniemy do osady Indian Warao, dla których turystyka to jedno ze źródeł dochodu. Plemię Warao liczy ok. 20 tys. osób, mają swój własny język i wielu z nich nie mówi po hiszpańsku. Głównymi zajęciami jest rybołóstwo i zbieractwo. Widzimy dzieci pływające po rzece w dłubankach, odpychające się od wody wiosłem o charakterystycznym uchwycie w kształcie litery U.
Indianie przez cały czas wykorzystują dłubanki
Charakterystyczne wiosło
W wiosce dziewczyny wybierają - wśród różnych dostępnych towarów - maty, koraliki, Maria kupuje też figurkę tukana, wyrzeźbioną w drzewie balsa, z nieodzownym ziarnem pieprzu w dziobie.


Warao słyną z plecionych przez siebie hamaków. Przyglądamy się życiu we wiosce. Jakaś dziewczyna pierze na pomoście, chłopiec wraca do wsi ze złowionymi rybami.


Po pamiątkowych zdjęciach pakujemy się do łodzi i wypływamy na środek rzeki. Podobno piranie żerują przy brzegach i kąpiel w środku nurtu jest bezpieczna - my widzieliśmy tubylców, kąpiących się przy samym brzegu, więc zagrożenie atakiem ze strony piranii wydaje się przesadzone, choć na Los Llanos przekonaliśmy się, ile ich pływa w rozlewiskach.


Woda jest ciepła i przyjemna, o wyraźnie czerwonej barwie. Taplamy się w niej z przyjemnością, a po jakimś czasie dołączają do nas dwie łodzie - z kolejnymi rękodziełami na sprzedaż. Dziewczyny korzystają z okazji i dokupują jeszcze parę rzeczy. Jedna z dziewczynek trzyma na kolanach noworodka - maluch urodził się dwa tygodnie wcześniej.

Dwutygodniowe maleństwo na rękach siostrzyczki. Od pierwszych chwil jego życie związane jest z rzeką.
Po kąpieli płyniemy łodzią leniwie, czekając na zachód słońca.


Zachwycający spektakl nie kończy się jednak wraz ze schowaniem się tarczy słonecznej za horyzontem - jest to dzień pełni i chwilę później po drugiej stronie zza drzew wyłania się pyzata twarz Księżyca. Do równika jest blisko, więc szybko robi się ciemno. W blasku miesiąca wracamy do obozowiska.


Nasz przewodnik, chcąc umilić nam oczekiwanie na kolację, wychodzi z jadalni i po chwili wraca - z tarantulą na ręce. Tłumaczy nam, że tarantula żądli jedynie wtedy, gdy zostanie sprowokowana. Wielu z nas decyduje się więc na bliższą znajomość. Maria, która u nas w domu znalezione pająki bierze do ręki i wypuszcza na dwór, bez obaw pozwala włochatemu pająkowi wspiąć się na swoje przedramię, a potem przejść na drugą rękę. Uczucie określa jako "miłe". Po chwili przewodnik przynosi "kieszonkowego" żółwia błotnego. Gdy idziemy po kolacji spać do naszych palafitos, pod pomostem chlupie woda przypływu.
Następnego dnia wybieramy się w odwrotnym kierunku - ku coraz mniejszym kanałom, by poprzyglądać się trochę przyrodzie.


Widzimy morfy, inie, udaje się zobaczyć - lecz niestety nie sfotografować - kolibra.
To nie koliber, oczywiście. Widzieliśmy nad Orinoko ponownie hoacyny, nie jestem jednak na 100% pewien, czy to jest hoacyn.
Na niebie zbierają się ciemne chmury i nagle zaczyna padać. Chowamy się przed gwałtowną ulewą pod płachtami folii. Deszcz mija po kilkunastu minutach. Przewodnik pokazuje nam co ciekawsze okazy flory Orinoko.




Maria z owocem kakaowca
Po południu wracamy do obozu, a po obiedzie żegnamy się z obozowiskiem, wracamy łodzią do cywilizacji. Następny przystanek - Ciudad Bolivar, skąd wyruszymy do Canaimy.