Pokazywanie postów oznaczonych etykietą religia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą religia. Pokaż wszystkie posty
niedziela, 7 grudnia 2014
Ludzie wiary i rozumu - Mikołaj Steno
Jednym z często stosowanych zabiegów wrogów Kościoła jest tworzenie tzw. czarnej legendy, czyli próba wypaczania lub fałszowania historii tak, by Kościół przedstawić w jak najgorszym świetle. W ramach takich działań próbuje się m. in. kreować tezę o wrogości Kościoła wobec rozwoju nauk przyrodniczych. Tymczasem rola Kościoła w przechowywaniu wiedzy oraz jej rozwoju jest ogromna. Niestety, większość katolików nie wie nawet o tym, co ludzie Kościoła dla postępu nauk przyrodniczych dokonali. Spróbuję przybliżyć czytelnikom niektóre wybitne, a dziś zupełnie już zapomniane postaci.
Zacznę od Mikołaja Steno, Duńczyka, urodzonego w 1638 roku w Kopenhadze, w rodzinie luterańskiej. Jego ojciec pracował jako złotnik królewski. Zmarł, gdy Mikołaj miał 6 lat, matka poślubiła innego złotnika. Jako dziecko Mikołaj chorował na nieznaną chorobę, która izolowała go od rówieśników. Dużo czytał. Już jako jedenastolatek zrozumiał, że wiele informacji, podawanych w książkach, jest niedokładnych lub wręcz błędnych. Postanowił wtedy, że nie będzie wierzył w żadną informację, której sam nie zweryfikuje. Gdy miał 16 lat, w Kopenhadze wybuchła zaraza, w wyniku której zmarło 240 uczniów jego szkoły.
Steno szybko przerósł wiedzą i mądrością swoich nauczycieli. Gdy miał 22 lata, zrozumiał, że w Danii nie nauczy się już niczego nowego. Wyjechał do Holandii, studiować medycynę na Uniwersytecie w Lejdzie, czołowej medycznej uczelni tamtych czasów. Podróżował wówczas po Europie, spotykał się z wieloma luminarzami ówczesnej nauki. To właśnie podczas pobytu w Lejdzie Steno, badając serce krowy, słusznie uznał, że jest to mięsień, którego rolą jest pompowanie krwi w organizmie, a nie, jak uznawał wówczas m. in. Kartezjusz, źródło ciepła w organizmie. Steno krytykował również teorię Kartezjusza, który uważał, że łzy powstają w mózgu. W 1666 roku, gdy Steno miał 28 lat, otrzymał propozycję objęcia stanowiska profesora anatomii na uniwersytecie w Padwie, był również nadwornym lekarzem wielkiego księcia Toskanii, Ferdynanda II.
W tym właśnie roku dwóch rybaków z Livorno wyłowiło z wody rekina, zwierzę rzadko spotykane w Morzu Śródziemnym. Ferdynand II polecił, by głowę ogromnej ryby dostarczyć profesorowi Steno. Mikołaj zbadał ją dokładnie. Zauważył, że kształt zębów bardzo przypomina formacje, znajdowane w niektórych skałach. W owych czasach ludzie wiedzieli, że w niektórych skałach często znajduje formacje, przypominające zwierzęta lub rośliny. Uważano za Pliniuszem Starszym, że są to stwory, które spadły na ziemię z Księżyca, lub że wyrosły w skale. Steno doszedł do wniosku, że formacje skalne przypominają zęby rekina, bo są zębami rekina, które po jego śmierci, zagrzebane w mule i poddane różnym czynnikom: działaniu czasu i ciśnienia, zmieniły się w skałę, zachowując swoją formę.
Te rozważania, kontynuowane i pogłębiane, doprowadziły do wydania w 1669 roku książki „Wstęp do rozprawki o ciałach stałych, naturalnie zawartych w innych ciałach stałych”. W pracy tej, zakładając, że wszystkie skały i minerały były kiedyś płynne, Steno wnioskował, że warstwy skalne oraz różne osady powstawały na skutek opadania cząstek stałych na dno wody. Proces powodował powstawanie poziomych warstw skał osadowych. Warstwy nowsze formowały się na warstwach starszych, przyjmując kształt warstwy poprzedniej, w tym kształt cząstek stałych, jak na przykład resztek kości zwierząt. Wszelkie zakłócenia w tym poziomym ułożeniu warstw spowodowane miały być późniejszymi zakłóceniami, których źródłem miałby być siły podziemne.
To dzięki tej pracy, pomimo dużych osiągnięć z dziedziny anatomii, Steno przeszedł do historii jako ojciec współczesnej geologii.
Jego prace i badania dotyczyły również krystalografii. Pomimo rewolucyjnych poglądów i częstego negowania dokonań jemu współczesnych, był bardzo szanowany przez innych uczonych.
Z wychowania luteranin nie angażował się specjalnie w sprawy religijne. W 1666 roku, w Livorno, Steno był świadkiem procesji Bożego Ciała. Pod wpływem tego doświadczenia zaczął zastanawiać się, która z religii jest prawdziwa. Następne kilka lat poświęcił studiowaniu ksiąg religijnych. Zarzucił pracę naukową, ku żalowi kolegów z uniwersytetu. W 1667 roku przyjął chrzest w Kościele katolickim, w 1675 roku przyjął święcenia kapłańskie, a w 1677 przyjął sakrę biskupią i został wysłany z misją do krajów skandynawskich oraz północnych Niemiec. Żył bardzo skromnie, chodził w zniszczonych ubraniach, cztery dni w tygodniu karmił się jedynie chlebem, który popijał piwem – woda w tamtych czasach rzadko nadawała się do picia. Zmarł w opinii świętości w 1686 roku. W 1988 roku papież Jan Paweł II ogłosił go błogosławionym. Jego wspomnienie obchodzimy 5 grudnia.
poniedziałek, 12 grudnia 2011
Pytanie Prokopa do Hołowni
Prokop i Hołownia wydali niedawno książkę pt. "Bóg, kasa i rock'n'roll". Książki nie czytałem, ale widziałem jakieś jej fragmenty. W jednym z nich Prokop pyta Hołownię, dlaczego Chrystus przyszedł na świat wtedy, a nie później.
Nie wiem, jak Hołownia na to pytanie odpowiedział, ale sam zadałem je sobie wiele lat temu i znalazłem następującą odpowiedź: Bogu zależy na tym, by jak największa liczba ludzi do niego trafiła. Człowiek ma przeczucie dobra i zła, bo został stworzony na obraz i podobieństwo Boga, dlatego i bez Objawienia, słuchając swojego sumienia, do Boga trafi. Jednak kierowanie się Objawieniem tę drogę upraszcza i ułatwia. Czy Chrystus mógł przyjść wcześniej? Raczej nie - jego nauki trafiłyby do wąskiego grona odbiorców i byłyby tam kultywowane, nie miałyby szans rozejść się po całym świecie. Imperium rzymskie i Pax Romana oraz późniejsza ekspansja kultury zachodniej na cały świat dały pierwszą szansę na upowszechnienie się tej nauki na całej Ziemi.
W skrócie odpowiedź jest więc taka - gdyby Chrystus przyszedł wcześniej, prawie nikt o jego naukach nie usłyszałby. Gdyby przyszedł później, o jego naukach nie usłyszeliby ci, którzy zmarli przed jego przyjściem. Z punktu widzenia "ekonomii zbawienia" moment jego przyjścia na Ziemię był optymalny.
Tyle na ten temat. Ciekawym tematem pobocznym jest zagadnienie - dlaczego w Palestynie? Ale to temat na osobny artykuł - lub, czytelniku, potraktuj to jako zadanie domowe.
Nie wiem, jak Hołownia na to pytanie odpowiedział, ale sam zadałem je sobie wiele lat temu i znalazłem następującą odpowiedź: Bogu zależy na tym, by jak największa liczba ludzi do niego trafiła. Człowiek ma przeczucie dobra i zła, bo został stworzony na obraz i podobieństwo Boga, dlatego i bez Objawienia, słuchając swojego sumienia, do Boga trafi. Jednak kierowanie się Objawieniem tę drogę upraszcza i ułatwia. Czy Chrystus mógł przyjść wcześniej? Raczej nie - jego nauki trafiłyby do wąskiego grona odbiorców i byłyby tam kultywowane, nie miałyby szans rozejść się po całym świecie. Imperium rzymskie i Pax Romana oraz późniejsza ekspansja kultury zachodniej na cały świat dały pierwszą szansę na upowszechnienie się tej nauki na całej Ziemi.
W skrócie odpowiedź jest więc taka - gdyby Chrystus przyszedł wcześniej, prawie nikt o jego naukach nie usłyszałby. Gdyby przyszedł później, o jego naukach nie usłyszeliby ci, którzy zmarli przed jego przyjściem. Z punktu widzenia "ekonomii zbawienia" moment jego przyjścia na Ziemię był optymalny.
Tyle na ten temat. Ciekawym tematem pobocznym jest zagadnienie - dlaczego w Palestynie? Ale to temat na osobny artykuł - lub, czytelniku, potraktuj to jako zadanie domowe.
czwartek, 15 września 2011
Książka przeczytana: ks. Andrzej Zwoliński - Scjentologia
Zafascynowany łańcuszkiem Aleister Crowley - Jack Parsons - Lafayette Ron Hubbard, przeczytałem książkę księdza Andrzeja Zwolińskiego o tym nowym ruchu religijnym. Książka ta to pozycja o całkiem naukowym i systematycznym charakterze, co stanowi jej atut, ale i jej słabość, bo 90% materiału, zawartego w publikacji, można by bez zmiany przecinka przenieść do publikacji o, powiedzmy, Towarzystwie Biblijnym czy wyznawcach Świętych Dni Ostatnich.
Zabrakło mi informacji o samej sekcie, o doktrynie i praktyce. Nie to, że ich nie ma, ale jest ich stanowczo za mało.
Ja o scjentologach usłyszałem po raz pierwszy przy okazji sprawy serwera penet.fi. Ksiądz Zwoliński nic o tym nie pisze, a dla mnie to bardzo ważna rzecz, o której nie zapomnę. Oj, wiele jest rzeczy, o których nie zapomnę :-). W niektórych sprawach jestem bardzo pamiętliwy.
Zabrakło mi informacji o samej sekcie, o doktrynie i praktyce. Nie to, że ich nie ma, ale jest ich stanowczo za mało.
Ja o scjentologach usłyszałem po raz pierwszy przy okazji sprawy serwera penet.fi. Ksiądz Zwoliński nic o tym nie pisze, a dla mnie to bardzo ważna rzecz, o której nie zapomnę. Oj, wiele jest rzeczy, o których nie zapomnę :-). W niektórych sprawach jestem bardzo pamiętliwy.
piątek, 10 czerwca 2011
Książka przeczytana: Vittorio Messori - Znak dla niewierzących.
"Zatem, drodzy katolicy, ograniczymy się do przypomnienia wam pewnej obiektywnej prawdy: do tej pory nie zdarzył się >>cud<<, który mógłby być zaobserwowany przez wiarygodnych świadków i stwierdzony z całą pewnością" - Ernest Renan
"Żaden wierzący nie byłby tak naiwny, żeby przyzywać Bożej interwencji, która miałaby sprawić, że odrośnie odcięta noga. Taki cud, który skądinąd byłby przekonujący, nigdy nie został stwierdzony. I możemy śmiało przewidzieć, że nigdy stwierdzony nie zostanie" - Felix Michaud
"Widzę wiele lasek i kul, ale nie widzę żadnej drewnianej nogi" - Emil Zola w Lourdes
"Przeglądając spis tak zwanych cudownych uzdrowień, nigdzie nie stwierdziłem, aby wiara spowodowała odrośnięcie amputowanej kończyny" - Jean Martin Charcot o Lourdes
"Nawet najbardziej niewykształceni zwolennicy tezy o możliwości cudownych interwencji boskich nie ośmielają się już prosić o >>cuda<<, które byłyby naprawdę >>nadprzyrodzone<<, jak na przykład odrośnięcie amputowanych nóg czy rąk" - Ambrogio Donini
Vittorio Messori, znany włoski dziennikarz, w tej książce opisuje cud, który miał miejsce w 1640 roku w wiosce Calanda w Hiszpanii. Chłopcu, który stracił nogę, została ona cudownie przywrócona. Cud ten jest udokumentowany w sposób wręcz porażający. Pokazuje też, że cytowani wyżej antykatolicy nie odrobili swojej lekcji - nieistotne, że są ateistami - skoro uciekają się do stwierdzeń kategorycznych, powinni ich wypowiedzenie poprzedzić w miarę starannym rozeznaniem.
Nie będę psuł Wam zabawy szczegółami. Książka jest fenomenalna, i może - oprócz samej otoczki wokół relacjonowanego wydarzenia - dostarczyć Wam dużo informacji o historii Hiszpanii. A jeżeli spodoba się Wam sposób narracji Messoriego, to zachęcam gorąco do przeczytania "Czarnych kart Kościoła" tegoż autora.
"Żaden wierzący nie byłby tak naiwny, żeby przyzywać Bożej interwencji, która miałaby sprawić, że odrośnie odcięta noga. Taki cud, który skądinąd byłby przekonujący, nigdy nie został stwierdzony. I możemy śmiało przewidzieć, że nigdy stwierdzony nie zostanie" - Felix Michaud
"Widzę wiele lasek i kul, ale nie widzę żadnej drewnianej nogi" - Emil Zola w Lourdes
"Przeglądając spis tak zwanych cudownych uzdrowień, nigdzie nie stwierdziłem, aby wiara spowodowała odrośnięcie amputowanej kończyny" - Jean Martin Charcot o Lourdes
"Nawet najbardziej niewykształceni zwolennicy tezy o możliwości cudownych interwencji boskich nie ośmielają się już prosić o >>cuda<<, które byłyby naprawdę >>nadprzyrodzone<<, jak na przykład odrośnięcie amputowanych nóg czy rąk" - Ambrogio Donini
Vittorio Messori, znany włoski dziennikarz, w tej książce opisuje cud, który miał miejsce w 1640 roku w wiosce Calanda w Hiszpanii. Chłopcu, który stracił nogę, została ona cudownie przywrócona. Cud ten jest udokumentowany w sposób wręcz porażający. Pokazuje też, że cytowani wyżej antykatolicy nie odrobili swojej lekcji - nieistotne, że są ateistami - skoro uciekają się do stwierdzeń kategorycznych, powinni ich wypowiedzenie poprzedzić w miarę starannym rozeznaniem.
Nie będę psuł Wam zabawy szczegółami. Książka jest fenomenalna, i może - oprócz samej otoczki wokół relacjonowanego wydarzenia - dostarczyć Wam dużo informacji o historii Hiszpanii. A jeżeli spodoba się Wam sposób narracji Messoriego, to zachęcam gorąco do przeczytania "Czarnych kart Kościoła" tegoż autora.
piątek, 29 kwietnia 2011
Cyfrowa ewangelizacja
Najnowszy "Gość Niedzielny" przynosi wywiad z abp. Timothym Dolanem, przewodniczącym Konferencji Episkopatu USA. Sam wywiad jest ciekawy - moją uwagę przykuła wzmianka o blogu, który prowadzi ksiądz arcybiskup. Nie było trudno go odnaleźć. Nosi tytuł "Ewangelia w epoce cyfrowej" - z tego, co widzę, jest regularnie uaktualniany. Przeczytałem parę wpisów i polecam - jako źródło wzbogacenia swej wiary, szlifierkę języka angielskiego, źródło refleksji nad różnicami i podobieństwami między Polską i USA, być może zachętę dla naszych duszpasterzy, by spróbować samemu takiej drogi dotarcia do ludzi.
sobota, 23 kwietnia 2011
Program TV w Wielki Piątek
Wczoraj chrześcijanie przeżywali rocznicę śmierci Boga. W naszym kraju tych chrześcijan jest dużo. Co w piątkowy wieczór zaserwowała nam telewizja, jak poszczególne stacje włączyły się w przeżywanie tego wydarzenia?
1. Telewizja publiczna - w TVP1 - o 17.25 "Pasja" - film brytyjski. Po "Wiadomościach" dwa odcinki "Plebanii" - bardzo wielkotygodniowe. A potem transmisja Drogi Krzyżowej z Colosseum. TVP2 o 17:00 pokazała transmisję z nabożeństwa Wielkiego Piątku w Skoczowie. TVP Kultura - o 14:25 "Wielki Tydzień" Wajdy, o 19:30 Penderecki dyryguje swoją "Pasją wg św. Łukasza", a o 21:05 fenomenalna "Wielka cisza". Co bym nie sądził o telewizji publicznej - ogromny plus za program.
2. Największe stacje komercyjne: TVN - nic! Zero! Null! Widz tej stacji nie zauważyłby, że jest Wielki Piątek. Program jak co dzień - widocznie dla właścicieli dzień jak co dzień. Ich prawo.
Polsat - nie wiem, czy śmiać się, czy płakać. Zagrywka godna Jerzego Urbana. Przez cały dzień nic, ale wieczorem - jest akcent religijny! Komedia "Bruce Wszechmogący"! Czy to nie cudowne? Dla tych, którzy wolą jednak cięższe klimaty - zaraz po śmiesznym Carreyu horror "Gabriel" o walce piekła z niebem - w bardzo polsatowskiej interpretacji.
Trudno mi powiedzieć, które podejście wydaje mi się bardziej żałosne - chyba jednak "Polsatu". TVN może zawsze stwierdzić - według nas Boga nie ma, i u nas na antenie dziś od Niego sobie odpoczniesz. I to jest uczciwe podejście. A podejście Polsatu: widzu, czy jesteś głupi? Ale tak naprawdę, porządnie durny? To zapraszamy i witamy wśród swoich!
1. Telewizja publiczna - w TVP1 - o 17.25 "Pasja" - film brytyjski. Po "Wiadomościach" dwa odcinki "Plebanii" - bardzo wielkotygodniowe. A potem transmisja Drogi Krzyżowej z Colosseum. TVP2 o 17:00 pokazała transmisję z nabożeństwa Wielkiego Piątku w Skoczowie. TVP Kultura - o 14:25 "Wielki Tydzień" Wajdy, o 19:30 Penderecki dyryguje swoją "Pasją wg św. Łukasza", a o 21:05 fenomenalna "Wielka cisza". Co bym nie sądził o telewizji publicznej - ogromny plus za program.
2. Największe stacje komercyjne: TVN - nic! Zero! Null! Widz tej stacji nie zauważyłby, że jest Wielki Piątek. Program jak co dzień - widocznie dla właścicieli dzień jak co dzień. Ich prawo.
Polsat - nie wiem, czy śmiać się, czy płakać. Zagrywka godna Jerzego Urbana. Przez cały dzień nic, ale wieczorem - jest akcent religijny! Komedia "Bruce Wszechmogący"! Czy to nie cudowne? Dla tych, którzy wolą jednak cięższe klimaty - zaraz po śmiesznym Carreyu horror "Gabriel" o walce piekła z niebem - w bardzo polsatowskiej interpretacji.
Trudno mi powiedzieć, które podejście wydaje mi się bardziej żałosne - chyba jednak "Polsatu". TVN może zawsze stwierdzić - według nas Boga nie ma, i u nas na antenie dziś od Niego sobie odpoczniesz. I to jest uczciwe podejście. A podejście Polsatu: widzu, czy jesteś głupi? Ale tak naprawdę, porządnie durny? To zapraszamy i witamy wśród swoich!
czwartek, 17 lutego 2011
Venezuela semper fidelis
Czas chyba na pierwszy artykuł o Wenezueli.
Zacznę od religijności. Trochę lataliśmy ich krajowymi liniami lotniczymi. W samolocie jednej z nich z ciekawości przejrzałem gazetkę firmową. Wstępniak prezesa - o znaczeniu świąt Bożego Narodzenia w naszym życiu. Tekst taki, że każdy ksiądz mógłby to przeczytać zamiast kazania i nikt by się nie zorientował. Już pierwsza strona okładki zapowiada najważniejszy artykuł numeru - napisany przez Panią redaktor naczelną, a poświęcony procesji figurki Matki Boskiej po ulicach Barquisimeto, jednego z większych miast w Wenezueli. Co roku, 14 stycznia, ulicami miasta przechodzi procesja - prowadzona przez figurkę Divina Pastora, niesioną przez kilku mężczyzn - a za nią podąża tłum -TŁUM - w tym roku dwóch i pół miliona ludzi!!! Bo pamiętają, że Matka Chrystusa otacza ich opieką i chcą jej za to podziękować.
Byliśmy w Wenezueli w styczniu i wszędzie widzieliśmy szopki bożonarodzeniowe. Wszędzie. Na lotniskach. W recepcjach hoteli. W muzeach. W sklepach.
Trochę zdjęć wenezuelskich szopek:
Zacznę od religijności. Trochę lataliśmy ich krajowymi liniami lotniczymi. W samolocie jednej z nich z ciekawości przejrzałem gazetkę firmową. Wstępniak prezesa - o znaczeniu świąt Bożego Narodzenia w naszym życiu. Tekst taki, że każdy ksiądz mógłby to przeczytać zamiast kazania i nikt by się nie zorientował. Już pierwsza strona okładki zapowiada najważniejszy artykuł numeru - napisany przez Panią redaktor naczelną, a poświęcony procesji figurki Matki Boskiej po ulicach Barquisimeto, jednego z większych miast w Wenezueli. Co roku, 14 stycznia, ulicami miasta przechodzi procesja - prowadzona przez figurkę Divina Pastora, niesioną przez kilku mężczyzn - a za nią podąża tłum -TŁUM - w tym roku dwóch i pół miliona ludzi!!! Bo pamiętają, że Matka Chrystusa otacza ich opieką i chcą jej za to podziękować.
Byliśmy w Wenezueli w styczniu i wszędzie widzieliśmy szopki bożonarodzeniowe. Wszędzie. Na lotniskach. W recepcjach hoteli. W muzeach. W sklepach.
Trochę zdjęć wenezuelskich szopek:
niedziela, 13 lutego 2011
Książka przeczytana: Leo Maasburg: Matka Teresa. Cudowne historie
Świetna książka o ikonie miłości. Czyta się szybko i lekko, a jednocześnie nie sposób co chwila nie popadać w refleksję. Szczerze polecam.
piątek, 7 stycznia 2011
Książka przeczytana: Michael D. O'Brien - Ojciec Eliasz. Czas Apokalipsy
Z tą książką to ciekawie było. Nie słyszałem wcześniej o tym pisarzu - dowiedziałem się o jego istnieniu w Wigilię, gdy znajomy - notabene karmelita (kto czytał książkę, to się uśmiechnie) polecił mi tego autora przy składaniu życzeń. Bardzo tę osobę lubię i cenię, więc pewne było, że po rzeczone książki sięgnę. Nazajutrz, u moich Rodziców, znalazłem pod choinką - książkę Michaela D. O'Briena.
"Ojciec Eliasz" to jego pierwsza powieść. Jest to książka dla katolików - nie wiem, jak odebrałaby ją osoba niewierząca czy, powiedzmy, muzułmanin - spodziewam się, że zrezygnowaliby szybko z lektury. Dla katolika książka może być bardzo poruszająca - ja ostatnio czytałem "Obóz świętych" Raspaila i O'Brien był jakby drugim głosem w - czym? Nie dyskusji przecież - w chórze ostrzegających przed katastrofą.
Nie chcę pisać recenzji przeczytanych książek. Tej wystawiam dobrą notę, sięgnę po kolejne pozycje - już po angielsku, bo po polsku wydano jeszcze jego późniejsze powieści, a chciałbym przeczytać je zgodnie z chronologią powstawania, bo może będzie widać, jak z czasem zmieniał się sam autor.
Jeżeli ktoś jest katolikiem i nie czytał dotąd książek sensacyjnych, pisanych przez katolików dla katolików, to ta pozycja jest idealna na początek.
Ja sam nie patrzę tak na historię. Pamiętam, że budziło to często zdumienie Świadków Jehowy, gdy pukali do moich drzwi: "Czy nie uważa Pan, że na świecie jest coraz więcej zła i nieszczęść? - Nie, wręcz przeciwnie, uważam, że świat jest coraz lepszy". Była w tym prowokacja, ale ja naprawdę tak uważam. Jest to jakiś wpływ C. S. Lewisa, zwłaszcza jego Trylogii Kosmicznej - chociaż jej ostatnia część, "That Hideous Strength" - oo, to już nie jest zbyt optymistyczna - ale ogólnie rzecz biorąc staram się widzieć dobro w otaczającym nas świecie, a Lewis też pokazywał w swych książkach, że Bóg nawet ze złych rzeczy wyprowadza dobro. Dzieje się wokół nas dużo zła, ale też i dużo dobra. Co my wiemy, jak wyglądał świat sto, dwieście, trzysta, czterysta lat temu? Skąd ta pewność, że był wtedy lepszy? Albo gorszy?
A ja chciałbym, by stawał się coraz lepszy. Dlatego wierzę w zmianę w tym kierunku.
A skoro jesteśmy już w apokaliptycznym temacie, to na zakończenie wiersz Larkina (piszę z pamięci, więc mogą być drobne przeinaczenia):
Some say the world will end in fire
Some say - in ice
From what I've tasted of desire
I hold with those who favour fire
But - if it had to perish twice
I think I know enough of hate
To say that for destruction ice
Is also great and would suffice.
Ładne, nie?
Idę na siatkówkę.
"Ojciec Eliasz" to jego pierwsza powieść. Jest to książka dla katolików - nie wiem, jak odebrałaby ją osoba niewierząca czy, powiedzmy, muzułmanin - spodziewam się, że zrezygnowaliby szybko z lektury. Dla katolika książka może być bardzo poruszająca - ja ostatnio czytałem "Obóz świętych" Raspaila i O'Brien był jakby drugim głosem w - czym? Nie dyskusji przecież - w chórze ostrzegających przed katastrofą.
Nie chcę pisać recenzji przeczytanych książek. Tej wystawiam dobrą notę, sięgnę po kolejne pozycje - już po angielsku, bo po polsku wydano jeszcze jego późniejsze powieści, a chciałbym przeczytać je zgodnie z chronologią powstawania, bo może będzie widać, jak z czasem zmieniał się sam autor.
Jeżeli ktoś jest katolikiem i nie czytał dotąd książek sensacyjnych, pisanych przez katolików dla katolików, to ta pozycja jest idealna na początek.
Ja sam nie patrzę tak na historię. Pamiętam, że budziło to często zdumienie Świadków Jehowy, gdy pukali do moich drzwi: "Czy nie uważa Pan, że na świecie jest coraz więcej zła i nieszczęść? - Nie, wręcz przeciwnie, uważam, że świat jest coraz lepszy". Była w tym prowokacja, ale ja naprawdę tak uważam. Jest to jakiś wpływ C. S. Lewisa, zwłaszcza jego Trylogii Kosmicznej - chociaż jej ostatnia część, "That Hideous Strength" - oo, to już nie jest zbyt optymistyczna - ale ogólnie rzecz biorąc staram się widzieć dobro w otaczającym nas świecie, a Lewis też pokazywał w swych książkach, że Bóg nawet ze złych rzeczy wyprowadza dobro. Dzieje się wokół nas dużo zła, ale też i dużo dobra. Co my wiemy, jak wyglądał świat sto, dwieście, trzysta, czterysta lat temu? Skąd ta pewność, że był wtedy lepszy? Albo gorszy?
A ja chciałbym, by stawał się coraz lepszy. Dlatego wierzę w zmianę w tym kierunku.
A skoro jesteśmy już w apokaliptycznym temacie, to na zakończenie wiersz Larkina (piszę z pamięci, więc mogą być drobne przeinaczenia):
Some say the world will end in fire
Some say - in ice
From what I've tasted of desire
I hold with those who favour fire
But - if it had to perish twice
I think I know enough of hate
To say that for destruction ice
Is also great and would suffice.
Ładne, nie?
Idę na siatkówkę.
Subskrybuj:
Posty (Atom)