Pokazywanie postów oznaczonych etykietą światopogląd. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą światopogląd. Pokaż wszystkie posty
czwartek, 5 lipca 2012
Książka przeczytana: Jeremy Clarkson - Świat według Clarksona. Część 4
Nie oglądam Top Gear - nigdy nie miałem hysia na punkcie samochodów. Moje dzieci jednak od czasu do czasu włączają tę audycję, więc zdarzało mi się zerkać - i program wydawał mi się lekki, zabawny i ciekawy.
Ostatnio tak się złożyło, że otrzymaliśmy tę książkę w prezencie - razem z biletem do kina. Mówiąc szczerze, z początku nie chciało mi się nawet do niej zaglądać, ale czekając, kiedy żona wyjdzie ze sklepu, przeczytałem jeden z felietonów - losowo wybrany ze środka - i tak już poszło. Całą książkę przeczytałem w kilka dni.
Jest to zbiór felietonów. O motoryzacji w nim niewiele, wiele za to reakcji na życie codzienne w Wielkiej Brytanii. Zaskakujące jest to, że gość prowadzi program w BBC - brytyjskiej telewizji państwowej. Jego poglądy na życie lokują go blisko takich ludzi, jak Janusz Korwin-Mikke, Stanisław Michalkiewicz, Rafał Ziemkiewicz czy Wojciech Cejrowski - wierzy w wolność i odpowiedzialność człowieka za swoje życie. U nas byłby postrzegany jako skrajny oszołom i rugowany z życia publicznego - tak, jak wymienieni przeze mnie, W Wielkiej Brytanii pewnie też spadają na niego gromy, nie przeszkadza mu to jednak być chyba najbardziej znanym dziennikarzem brytyjskim na świecie.
Czyta się lekko i szybko. Polecam!
czwartek, 26 stycznia 2012
ACTA - akt drugi
Internet staje się coraz potężniejszym medium. Dla wielu, także i dla mnie, jest głównym sposobem komunikacji i zdobywania informacji od dawna, ale w tej chwili zaczyna mieć znaczący wpływ na opinię publiczną. Ośrodki władzy będą chciały więc przejąć nad nim kontrolę - to jest nieuniknione. Telewizje są przez nie opanowane i kontrolowane, to samo z gazetami - myślicie, że odpuszczą sobie sieć? Mam nadzieję, że nie, bo taka naiwność kwalifikuje się już jako jednostka chorobowa.
A teraz o ACTA - wymaganie od dostawców usług śledzenia i cenzury treści jest nie do pogodzenia ze swobodą działalności biznesowej. Taki jest duch dzisiejszego orzeczenia Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości. Dla uzmysłowienia bzdury takiego prawa posłużę się analogią z życia "tradycyjnego" - wyobraźcie sobie, że ktoś pozwałby Pocztę Polską, bo dostarczałaby przesyłki, w których grupa pedofilów przesyłałaby sobie płytki CD z pornografią dziecięcą. Co więcej, zażądałby, by Poczta Polska sprawdzała, czy w przesyłanych za jej pośrednictwem listach nie ma treści niezgodnych z prawem. Albo wyobraźcie sobie pozew przeciwko komunikacji miejskiej, bo przewiozła złodzieja na miejsce przestępstwa. Zaproponowanie takich uregulowań zrobiłoby z pomysłodawcy idiotę w oczach społeczeństwa.
Pan Premier Donald Tusk polecił Pani Ambasador w Japonii podpisanie ACTA w imieniu Rzeczypospolitej Polskiej, i Pani Ambasador Jadwiga Rodowicz-Czechowska zrobiła to wczoraj.
A teraz o ACTA - wymaganie od dostawców usług śledzenia i cenzury treści jest nie do pogodzenia ze swobodą działalności biznesowej. Taki jest duch dzisiejszego orzeczenia Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości. Dla uzmysłowienia bzdury takiego prawa posłużę się analogią z życia "tradycyjnego" - wyobraźcie sobie, że ktoś pozwałby Pocztę Polską, bo dostarczałaby przesyłki, w których grupa pedofilów przesyłałaby sobie płytki CD z pornografią dziecięcą. Co więcej, zażądałby, by Poczta Polska sprawdzała, czy w przesyłanych za jej pośrednictwem listach nie ma treści niezgodnych z prawem. Albo wyobraźcie sobie pozew przeciwko komunikacji miejskiej, bo przewiozła złodzieja na miejsce przestępstwa. Zaproponowanie takich uregulowań zrobiłoby z pomysłodawcy idiotę w oczach społeczeństwa.
Pan Premier Donald Tusk polecił Pani Ambasador w Japonii podpisanie ACTA w imieniu Rzeczypospolitej Polskiej, i Pani Ambasador Jadwiga Rodowicz-Czechowska zrobiła to wczoraj.
ACTA - akt pierwszy
Brzydzę się takim postępowaniem, jak to, które teraz demonstruje PiS: w Parlamencie Europejskim głosowali za ustawą, a teraz domagają się referendum. Fałszywe lisy!
poniedziałek, 16 stycznia 2012
Tenisiści a kryzys ekonomiczny
Wczoraj, w przededniu fazy głównej Australian Open, media podgrzewały atmosferę doniesieniami o konflikcie pomiędzy graczami a federacjami tenisowymi, a także o podziałach pomiędzy samymi graczami. Chodzi o przeładowany imprezami kalendarz. Nie wiem, czy wiecie, ale zawodnicy o wysokich rankingach mają obowiązek grania w turniejach pewnej rangi. Do tego dochodzą turnieje o duże pieniądze, w których grać trzeba dla kasy po prostu, i tak imprez, w których wystąpić trzeba, robi się sporo i bohaterowie są zmęczeni.
Jak się okazuje, nie wszyscy. Strajkowe zapędy kolegów skrytykował Roger Federer. Na krytykę ze strony Federera odpowiedział Rafael Nadal, który powiedział, że Federer tylko zgrywa dżentelmena, którym jednak nie jest, i jak większość jest innego zdania, to chyba ta większość ma rację. Dosyć karkołomne rozumowanie, któremu jednak socjaliści pokroju Hitlera na pewno by przyklasnęli. Mi do głowy przyszła śmieszna myśl - strajk multimilionerów firmują Nadal i Djokovic, dwaj przedstawiciele krajów południa Europy, pogrążonego w kryzysie ekonomicznym, spowodowanym między innymi tym, że rządy robiły to, czego chciała większość, a nie to, co było dobre dla kraju, gdzie słowo ekonomia łączy się nierozerwalnie ze słowami maniana i sjesta. Za tym, żeby doceniać to, co się ma, nie robić szopki z tego, że się haruje, ale w zamian dostaje miliony dolarów, jest przedstawiciel Szwajcarii, kraju w bardzo dobrej kondycji ekonomicznej, w którym się nie strajkuje, tylko pracuje. Przypadek?
Jak się okazuje, nie wszyscy. Strajkowe zapędy kolegów skrytykował Roger Federer. Na krytykę ze strony Federera odpowiedział Rafael Nadal, który powiedział, że Federer tylko zgrywa dżentelmena, którym jednak nie jest, i jak większość jest innego zdania, to chyba ta większość ma rację. Dosyć karkołomne rozumowanie, któremu jednak socjaliści pokroju Hitlera na pewno by przyklasnęli. Mi do głowy przyszła śmieszna myśl - strajk multimilionerów firmują Nadal i Djokovic, dwaj przedstawiciele krajów południa Europy, pogrążonego w kryzysie ekonomicznym, spowodowanym między innymi tym, że rządy robiły to, czego chciała większość, a nie to, co było dobre dla kraju, gdzie słowo ekonomia łączy się nierozerwalnie ze słowami maniana i sjesta. Za tym, żeby doceniać to, co się ma, nie robić szopki z tego, że się haruje, ale w zamian dostaje miliony dolarów, jest przedstawiciel Szwajcarii, kraju w bardzo dobrej kondycji ekonomicznej, w którym się nie strajkuje, tylko pracuje. Przypadek?
wtorek, 10 stycznia 2012
Próba samobójcza płk. Przybyła
Słucham i słucham, i układa mi się taki obraz: wydział przestępczości zorganizowanej Prokuratury Wojskowej w Poznaniu, gorliwie jak żaden inny, zajmował się wyjaśnieniem wielu poważnych spraw korupcyjnych w wojsku polskim. Wyniki śledztw zaczęły niepokoić wysoko postawione osoby i postanowiono ukręcić łeb zespołowi płk. Przybyła, posługując się medialną nagonką w sprawie inwigilacji dziennikarzy, co miało przygotować grunt Prokuratorowi Generalnemu, panu Seremetowi, do "reformy" - czyli uzyskania kontroli nad tym, przeciwko komu i z jakim zaangażowaniem prowadzone są śledztwa. Problemem był gen. Parulski, szef Prokuratury Wojskowej, jak się zdaje, drugi uczciwy po płk. Przybyle w tej sprawie.
W wypowiedziach płk. Przybyła przed próbą samobójczą padła nazwa "Gazety Wyborczej", która manipulowała informacją i opinią publiczną - co mnie nie dziwi, ta gazeta jest wyjątkowo dyspozycyjna. Wczoraj odezwał się też poseł Niesiołowski, który określił płk. Przybyła jako osobę niezrównoważoną, a propozycje powołania komisji śledczej jako wyjście "najgorsze z możliwych".
Każde takie wydarzenie jest szansą przyjrzenia się tego, czy coś zmieniło się na szczytach władzy - czy mamy już u sterów ludzi uczciwych, czy nadal jest wśród nich wielu złodziei, a czasami i morderców? Takie osoby, jak płk. Przybył czy gen. Parulski pokazują, że jest szansa na to, że będzie lepiej. "Gazeta Wyborcza", Niesiołowski czy Seremet to druga, ciemniejsza strona medalu, elementy tej ciemnej siły, która dąży do zawłaszczenia państwa i ubezwłasnowolnienia narodu. Pisałem o tym wielokrotnie i powtórzę jeszcze raz - to korupcja jest największym zagrożeniem dla demokracji. To ona powoduje, że wpływ na kształt rzeczywistości ma wąska grupa ludzi, a suweren, którym jest naród, jest ubezwłasnowolniony. To ona szkodzi bardziej Polsce, niż nadzór Komisji Europejskiej nad utrzymaniem przez Polskę dobrych wskaźników makroekonomicznych.
Winni jesteśmy i my sami - za każdym razem, gdy wręczamy łapówkę - policjantowi czy lekarzowi.
W wypowiedziach płk. Przybyła przed próbą samobójczą padła nazwa "Gazety Wyborczej", która manipulowała informacją i opinią publiczną - co mnie nie dziwi, ta gazeta jest wyjątkowo dyspozycyjna. Wczoraj odezwał się też poseł Niesiołowski, który określił płk. Przybyła jako osobę niezrównoważoną, a propozycje powołania komisji śledczej jako wyjście "najgorsze z możliwych".
Każde takie wydarzenie jest szansą przyjrzenia się tego, czy coś zmieniło się na szczytach władzy - czy mamy już u sterów ludzi uczciwych, czy nadal jest wśród nich wielu złodziei, a czasami i morderców? Takie osoby, jak płk. Przybył czy gen. Parulski pokazują, że jest szansa na to, że będzie lepiej. "Gazeta Wyborcza", Niesiołowski czy Seremet to druga, ciemniejsza strona medalu, elementy tej ciemnej siły, która dąży do zawłaszczenia państwa i ubezwłasnowolnienia narodu. Pisałem o tym wielokrotnie i powtórzę jeszcze raz - to korupcja jest największym zagrożeniem dla demokracji. To ona powoduje, że wpływ na kształt rzeczywistości ma wąska grupa ludzi, a suweren, którym jest naród, jest ubezwłasnowolniony. To ona szkodzi bardziej Polsce, niż nadzór Komisji Europejskiej nad utrzymaniem przez Polskę dobrych wskaźników makroekonomicznych.
Winni jesteśmy i my sami - za każdym razem, gdy wręczamy łapówkę - policjantowi czy lekarzowi.
sobota, 12 listopada 2011
Kolorowa niepodległa
Wczoraj wielu Polaków cieszyło się z rocznicy odzyskania niepodległości przez nasze Państwo. W Warszawie doszło do zamieszek - zatrzymano ok. 200 osób, z czego ok. 100 to niemiecka młodzież, która z niczego się nie cieszyła, wręcz przeciwnie.
Poniżej zdjęcie, pokazujące tę ciekawą twarz tzw. "Kolorowej niepodległej" - inicjatywy, mającej storpedować Marsz Niepodległości. Widać na nim wyraźnie kolory lewicowej młodzieży, próbującej w pokojowy sposób wyrazić swój sprzeciw wobec, a jakże, faszyzmu :-)
Poniżej zdjęcie, pokazujące tę ciekawą twarz tzw. "Kolorowej niepodległej" - inicjatywy, mającej storpedować Marsz Niepodległości. Widać na nim wyraźnie kolory lewicowej młodzieży, próbującej w pokojowy sposób wyrazić swój sprzeciw wobec, a jakże, faszyzmu :-)
czwartek, 3 listopada 2011
Tamowanie Wisły kneblem
Dzisiaj, w ostatnim numerze "Uważam Rze", przeczytałem informację o tym, że Paweł Lisicki został odwołany przez nowego właściciela z funkcji redaktora naczelnego "Rzeczpospolitej" i "Uważam Rze". Rozpoczęło się więc to, czego można było oczekiwać. Ciekaw jestem, jak to się skończy.
Jako wieczny optymista muszę dodać - w błędzie są ci, którzy popularność "Uważam Rze" biorą za przyczynę - bo to jest skutek. Skutek wieloletniego manipulowania informacją i reglamentowania prawdy. Nie boję się walki ze skutkami, bo "trzymający władzę" zdają się źle diagnozować przyczynę. Im się zdaje, że ludzie są generalnie głupi, ergo podatni na manipulację. I tak jest - w pewnym stopniu. Spektakularny sukces "Uważam Rze" pokazuje jednak, jak dużo osób coś już z tego wszystkiego rozumie. To się już nie odstanie.
Popatrzcie też, jak głupio podeszli do demontażu tygodnika. Właściwa technika polegałaby na niespiesznym zagryzaniu najsłabszych sztuk. Tymczasem wzięli się za lwa, licząc, że stado baranów się rozpierzchnie. Tylko że nie z baranami mają do czynienia. Ta głupota też napawa mnie otuchą.
Na razie "Uważam Rze" jeszcze się ukazuje - w dotychczasowej formie. A poza tym mam "Gościa Niedzielnego", "Najwyższy Czas!", no i Internet.
Jako wieczny optymista muszę dodać - w błędzie są ci, którzy popularność "Uważam Rze" biorą za przyczynę - bo to jest skutek. Skutek wieloletniego manipulowania informacją i reglamentowania prawdy. Nie boję się walki ze skutkami, bo "trzymający władzę" zdają się źle diagnozować przyczynę. Im się zdaje, że ludzie są generalnie głupi, ergo podatni na manipulację. I tak jest - w pewnym stopniu. Spektakularny sukces "Uważam Rze" pokazuje jednak, jak dużo osób coś już z tego wszystkiego rozumie. To się już nie odstanie.
Popatrzcie też, jak głupio podeszli do demontażu tygodnika. Właściwa technika polegałaby na niespiesznym zagryzaniu najsłabszych sztuk. Tymczasem wzięli się za lwa, licząc, że stado baranów się rozpierzchnie. Tylko że nie z baranami mają do czynienia. Ta głupota też napawa mnie otuchą.
Na razie "Uważam Rze" jeszcze się ukazuje - w dotychczasowej formie. A poza tym mam "Gościa Niedzielnego", "Najwyższy Czas!", no i Internet.
sobota, 29 października 2011
Komentarz do wyborów parlamentarnych
I po wyborach. Mnie boli rozbicie na prawicy - UPR i JKM od pewnego czasu idą osobnymi ścieżkami, co nie przyniosło żadnego dobrego efektu. Wkurzają mnie te partie wodzowskie - czy ci ludzie nie potrafią wznieść się ponad swoje ambicje nawet dla powodzenia swoich idei?
UPR bez JKMa jest żałośnie nieporadne, a ilość zawiści pomiędzy nimi a KNP jest przerażająca. JKM za to dryfuje w kierunku, który Łysiak w "Uważam Rze" celnie określił "Nową Endecją", co średnio mi pasuje.
Wszyscy narzekają na serwilizm Tuska, widzą tylko jego dziadka, kolędy, śpiewane po niemiecku i pełne poddańczości (według niemieckich gazet) cmokanie Merkel w rękę. Polska jest zbyt wielkim i dumnym krajem, by prowadzić taką politykę - mówią. A prawda jest taka, jak to JKM próbował już dawno wyjaśnić - musimy być krajem bogatym, to będą się z nami liczyć. Droga do niepodległości, takiej, jaka jest teraz możliwa w erze globalnej, prowadzi przez siłę ekonomiczną.
Miało być o wyborach. Podobno PO wygrała - i jest to nieprawda. Wynik jest oczywiście dobry, pierwszy raz w Polsce rządzący pozostają przy żłobie. Rok temu jednak "nie było z kim przegrać" i były szanse na samodzielną większość. Teraz z koalicjantem mają mniej miejsc, niż dotychczas, i to sukces nie jest.
Czy PiS przegrał? Nie wygrał na pewno, ale biorąc pod uwagę większą radykalność tej partii to obronił swoją pozycję.
Teraz obserwujemy próby rozbicia PiSu - szaszor powyborczy niedługo ucichnie, więc trzeba kuć żelazo póki gorące. Dla mnie PiS to kolejna partia wodzowska - podobno teraz tak trzeba, a ja tęsknię do partii ideowych, gdzie przewodniczący otacza się ludźmi kompetentnymi i byłby szczęśliwy, mogąc oddać ster młodszym i zdolniejszym. No, cóż, pomarzyć można.
Powtarzam tym, którzy chcą mnie słuchać - i tak mamy szczęście. Pokażcie mi drugi duży kraj europejski, gdzie żadna z dwóch partii - głównej partii rządzącej i głównej partii opozycyjnej - nie jest partią socjaldemokratyczną. To ogromny sukces polityczny obecnej elity postsolidarnościowej, doprowadzenie do takiej polaryzacji sceny - PO kontra PiS, że większość elektoratu nawet nie rozważa opcji stricte lewicowej, i tym szczęściem, trwającym już sześć lat, trzeba się cieszyć.
Teraz trochę o wyniku Palikota. W każdym społeczeństwie jest jakiś odsetek durniów, i, jako że polityka nie lubi próżni, to zawsze znajdzie się ktoś, kto ich wessie. Oczywiście, część jest wsysana przez największych, są durnie POwskie, są durnie PiSowskie, ale zawsze pozostaje te 20%, po które kiedyś sięgnął Tymiński, potem Lepper. Teraz polepperowskie sieroty zagospodarował Palikot, człowiek, któremu wisi, na czym będzie zbijał kapitał polityczny, byle go zbić. Fachowiec, który wie, że trzeba mieć produkt, i świetnie dostrzegł, jak słaba jest polska lewica. Aha, no i jest bilderbergowcem, o czym nie powinno się zapominać.
Wynik Palikota oznacza koniec postkomunistycznej socjaldemokracji w Polsce. I to jest rzecz wspaniała, z której bardzo się cieszę. Tam jest zbyt dużo ludzi, którzy mają pieniądze, władzę, wpływy i ambicje, więc skończy się rozłamem - młodsi i bardziej oportunistyczni pójdą do Palikota, starsi, "betonowi" będą dogorywać na marginesie. Po dwudziestu latach rozstajemy się z Polską michnikowsko-kwaśniewską i witamy Polskę tuskowo-palikotową. Dla mnie to zmiana na lepsze.
Na naszej scenie brakuje mi jednej partii - chłopskiej o rodowodzie chrześcijańskim. Próby były wielokrotnie, ale nic z tego nie wyszło. Może PiS spróbowałby przez te cztery najbliższe lata zamieszać trochę w środowiskach PSLowych? PSL Pawlaka to ostatni relikt PRLu, który dogorywa zbyt powoli. Na wsi też są młodzi ludzie, którzy patrzą na świat z innej już perspektywy - może i polska wieś doczeka się swego Palikota (wolałbym jednak, by wyszedł ze środowiska bliskiego PiSowi).
Podsumowując - nihil novi sub sole.
UPR bez JKMa jest żałośnie nieporadne, a ilość zawiści pomiędzy nimi a KNP jest przerażająca. JKM za to dryfuje w kierunku, który Łysiak w "Uważam Rze" celnie określił "Nową Endecją", co średnio mi pasuje.
Wszyscy narzekają na serwilizm Tuska, widzą tylko jego dziadka, kolędy, śpiewane po niemiecku i pełne poddańczości (według niemieckich gazet) cmokanie Merkel w rękę. Polska jest zbyt wielkim i dumnym krajem, by prowadzić taką politykę - mówią. A prawda jest taka, jak to JKM próbował już dawno wyjaśnić - musimy być krajem bogatym, to będą się z nami liczyć. Droga do niepodległości, takiej, jaka jest teraz możliwa w erze globalnej, prowadzi przez siłę ekonomiczną.
Miało być o wyborach. Podobno PO wygrała - i jest to nieprawda. Wynik jest oczywiście dobry, pierwszy raz w Polsce rządzący pozostają przy żłobie. Rok temu jednak "nie było z kim przegrać" i były szanse na samodzielną większość. Teraz z koalicjantem mają mniej miejsc, niż dotychczas, i to sukces nie jest.
Czy PiS przegrał? Nie wygrał na pewno, ale biorąc pod uwagę większą radykalność tej partii to obronił swoją pozycję.
Teraz obserwujemy próby rozbicia PiSu - szaszor powyborczy niedługo ucichnie, więc trzeba kuć żelazo póki gorące. Dla mnie PiS to kolejna partia wodzowska - podobno teraz tak trzeba, a ja tęsknię do partii ideowych, gdzie przewodniczący otacza się ludźmi kompetentnymi i byłby szczęśliwy, mogąc oddać ster młodszym i zdolniejszym. No, cóż, pomarzyć można.
Powtarzam tym, którzy chcą mnie słuchać - i tak mamy szczęście. Pokażcie mi drugi duży kraj europejski, gdzie żadna z dwóch partii - głównej partii rządzącej i głównej partii opozycyjnej - nie jest partią socjaldemokratyczną. To ogromny sukces polityczny obecnej elity postsolidarnościowej, doprowadzenie do takiej polaryzacji sceny - PO kontra PiS, że większość elektoratu nawet nie rozważa opcji stricte lewicowej, i tym szczęściem, trwającym już sześć lat, trzeba się cieszyć.
Teraz trochę o wyniku Palikota. W każdym społeczeństwie jest jakiś odsetek durniów, i, jako że polityka nie lubi próżni, to zawsze znajdzie się ktoś, kto ich wessie. Oczywiście, część jest wsysana przez największych, są durnie POwskie, są durnie PiSowskie, ale zawsze pozostaje te 20%, po które kiedyś sięgnął Tymiński, potem Lepper. Teraz polepperowskie sieroty zagospodarował Palikot, człowiek, któremu wisi, na czym będzie zbijał kapitał polityczny, byle go zbić. Fachowiec, który wie, że trzeba mieć produkt, i świetnie dostrzegł, jak słaba jest polska lewica. Aha, no i jest bilderbergowcem, o czym nie powinno się zapominać.
Wynik Palikota oznacza koniec postkomunistycznej socjaldemokracji w Polsce. I to jest rzecz wspaniała, z której bardzo się cieszę. Tam jest zbyt dużo ludzi, którzy mają pieniądze, władzę, wpływy i ambicje, więc skończy się rozłamem - młodsi i bardziej oportunistyczni pójdą do Palikota, starsi, "betonowi" będą dogorywać na marginesie. Po dwudziestu latach rozstajemy się z Polską michnikowsko-kwaśniewską i witamy Polskę tuskowo-palikotową. Dla mnie to zmiana na lepsze.
Na naszej scenie brakuje mi jednej partii - chłopskiej o rodowodzie chrześcijańskim. Próby były wielokrotnie, ale nic z tego nie wyszło. Może PiS spróbowałby przez te cztery najbliższe lata zamieszać trochę w środowiskach PSLowych? PSL Pawlaka to ostatni relikt PRLu, który dogorywa zbyt powoli. Na wsi też są młodzi ludzie, którzy patrzą na świat z innej już perspektywy - może i polska wieś doczeka się swego Palikota (wolałbym jednak, by wyszedł ze środowiska bliskiego PiSowi).
Podsumowując - nihil novi sub sole.
środa, 12 października 2011
Polski warchoł, czyli bolesna szczerość
Rzeczpospolita za PAP dziś donosi:
Jak napisałem w tytule, szczerość Pani konsul zabolała - norweskie służby, ale teraz i samą Panią Konsul. Czy polityk powinien zawsze trzymać język za zębami? W tym przypadku mi osobiście jest szkoda Pani Warchoł.
Konsul z ambasady RP w Oslo została odwołana z początkiem października ze stanowiska za wypowiedź, w której norweskich rzeczników praw dziecka nazwała Hitlerjugend.
Konsul Adrianna Warchoł zajmowała się sprawą polskiej dziewczynki odebranej pod koniec czerwca norweskiej rodzinie zastępczej przez detektywa Krzysztofa Rutkowskiego. Wcześniej dziecko zostało zabrane polskiej rodzinie mieszkającej w Norwegii na skutek decyzji tamtejszych służb socjalnych zajmujących się ochroną praw dziecka.
Działania norweskich rzeczników praw dziecka polska konsul skomentowała jako "organizację działającą jak Hitlerjugend". Stwierdziła, że "Norwegowie ze względu na niż demograficzny chcą wszelkimi metodami uzupełniać braki. Urzędnicy wydają negatywne opinie o rodzinie, a potem w świetle prawa porywają dzieci".
Wypowiedź ta była cytowana przez polskie i norweskie media. Ambasador RP w Oslo przesłał do norweskich mediów oświadczenie, w którym przeprosił Norwegów za kontrowersyjną wypowiedź pani konsul.
Biuro rzecznika prasowego MSZ poinformowało PAP, że po przeanalizowaniu sprawy "mając na uwadze szczególne potrzeby służby zagranicznej", podjęło decyzję o odwołaniu z początkiem października Adrianny Warchoł ze stanowiska ds. konsularnych w Ambasadzie RP w Oslo. W ocenie MSZ, wypowiedź konsul negatywnie wpływa na wizerunek Polski. "Adrianna Warchoł zapoznała się z wypowiedzeniem stosunku pracy z powodu naruszenia obowiązków pracowniczych" - podało MSZ.
Jak napisałem w tytule, szczerość Pani konsul zabolała - norweskie służby, ale teraz i samą Panią Konsul. Czy polityk powinien zawsze trzymać język za zębami? W tym przypadku mi osobiście jest szkoda Pani Warchoł.
piątek, 19 sierpnia 2011
Linda Gibbons - więzień sumienia
Po raz kolejny aresztowano Lindę Gibbons, kanadyjską obrończynię praw dzieci nienarodzonych. Pani Gibbons ma 69 lat. Od lat jest aresztowana za to, że stoi pod klinikami, które dokonują aborcji (w Kanadzie obowiązuje 170-metrowa strefa "ochronna" wokół ośrodków aborcyjnych), z plakatem "Mamo, czemu?". Pani Gibbons nie wykrzykuje żadnych haseł, nie pikietuje - po prostu stoi i modli się w myślach. Nie odpowiada policji, w sądzie nie broni się, milczy.
W ciągu swojego życia przesiedziała za to 8 lat w więzieniu.
Amnesty International nigdy nie zajęła się jej sprawą.
W ciągu swojego życia przesiedziała za to 8 lat w więzieniu.
Amnesty International nigdy nie zajęła się jej sprawą.
Nergal niewinny!
Sąd rejonowy w Gdyni uznał wczoraj, że Adam Darski, lider grupy Behemoth, nie dopuścił się obrazy uczuć religijnych, drąc na scenie Bilię i rozrzucając jej kawałki wśród publiczności, nazywając ją "kłamliwą księgą".
Nergal, pokaż, że z Ciebie jest prawdziwy kozak, i teraz zrób to samo z Koranem, to uwierzę, że zrobiłeś to z przekonania, a nie pod - swoistą - publikę.
Nergal, pokaż, że z Ciebie jest prawdziwy kozak, i teraz zrób to samo z Koranem, to uwierzę, że zrobiłeś to z przekonania, a nie pod - swoistą - publikę.
sobota, 13 sierpnia 2011
Obosieczny miecz tolerancji
Za "Rzeczpospolitą":
Dwie pielęgniarki-katoliczki w Wielkiej Brytanii nie będą musiały asystować przy przerywaniu ciąży po tym, jak oskarżyły publiczną służbę zdrowia o dyskryminację z powodu przekonańCiekawe, z jakiego kraju są te pielęgniarki?
To pierwszy przypadek zastosowania ustawy antydyskryminacyjnej w takiej sytuacji.
Jak pisze sobotni "Daily Telegraph", pielęgniarki pracowały w szpitalu w Londynie i raz w tygodniu były kierowane do kliniki aborcyjnej, gdzie dawały pacjentkom leki powodujące wczesne poronienie eliminujące potrzebę zabiegu chirurgicznego (tzw. wczesna medyczna aborcja).
Gdy zorientowały się, czego się od nich wymaga, powiedziały dyrekcji, że jest to niezgodne z ich religijnymi przekonaniami uznającymi prawo do życia od chwili poczęcia.
Za pielęgniarkami ujął się ośrodek pomocy prawnej (Thomas More Legal Centre) specjalizujący się w dyskryminacji z powodów religijnych, który napisał w tej sprawie do szpitala, powołując się na ustawodawstwo antydyskryminacyjne (Equality Law).
Szpital początkowo zgodził się tylko, by pielęgniarki nie uczestniczyły w podawaniu leków wywołujących sztuczne poronienie, choć nie chciał przystać na to, by w ogóle zwolnić je z pracy w klinice aborcyjnej.
- Co by się stało, gdyby wszystkie pielęgniarki tak myślały - argumentował jeden z dyrektorów szpitala.
Pielęgniarki przekonywały, że pracując w klinice aborcyjnej, nawet bez kontaktu z zabiegiem przerywania ciąży, są wciąż moralnie współodpowiedzialne za zabijanie płodu. Po ponownej interwencji ośrodka prawniczego szpital zgodził się, by w ogóle nie były wyznaczane do pracy w klinice aborcyjnej.
Według "Daily Telegraph", obie pielęgniarki pochodzą z zagranicy i nie życzyły sobie, by podano ich tożsamość.
Dyrektor Thomas More Legal Centre, Niel Addison, zaznaczył, że ustawa aborcyjna z 1967 r. przyznaje lekarzom i pielęgniarkom prawo odmowy udziału w aborcji, zaś ustawa z 2000 r. (Equality Act) zabrania dyskryminacji ze względu na przekonania religijne.
W odróżnieniu od ustawy aborcyjnej ustawa antydyskryminacyjna daje prawo wystąpienia do sądu pracy.
piątek, 12 sierpnia 2011
Co czuje Czuma?
Krótko o Andrzeju Czumie - wydaje się, że gość po prostu zachował się uczciwie, stawiając prawdę przed interesami partyjnymi. Takim ludziom należy się szacunek. I dla nich pewnie ten szacunek jest ważniejszy, niż zadowolenie bezkręgowców z jego partii. A ja cieszę się, że w polskiej polityce są tacy ludzie.
Co w trawie Piszczek...
Tak a propos jednej z gwiazd naszej reprezentacji w piłce nożnej. Łukasz Piszczek przyznał się do stawianych mu zarzutów korupcyjnych i dobrowolnie poddał się karze. Ma teraz zakaz grania na pół roku - w naszej reprezentacji, być może również w Borussii Dortmund.
Nie moja sprawa oceniać, czy kara była sprawiedliwa, czy też nie - nie znam okoliczności tak, jak ci, co karę ferowali. Postawa samego piłkarza wydaje się być bardzo uczciwa - sam się przyznał, nie utrudniał, nie mataczył, nie miele językiem i nie relatywizuje swojej winy. Zastanawiają mnie jednak zasłyszane słowa komentatorów piłkarskich o tym, że Piszczek jest zbyt cenny dla reprezentacji, by go tak karać. To jakieś chore wyobrażenie prawa. Sprawiedliwość nie powinna mieć względu na osobę - nie jest sprawiedliwe, by dobry piłkarz miał być łagodniej karany, bo lepiej gra. Co to znaczy? Czyżbyście chcieli, by komuś uchodziło na sucho uwiedzenie dziecka, bo jest sławnym reżyserem? Czy zażywanie kokainy, bo jest się senatorem? Czy jazda z prędkością 200 km/h po zwykłej drodze, bo jest się ministrem? Pomroczność jasna, bo jest się synem prezydenta? Dalej wymieniać? Taka ma być Polska, budowana na takim fundamencie?
No właśnie - bliżej mi do ludzi, którzy wpakują do aresztu podejrzanego o gwałt szefa wielkiego banku, niż do tych Polaków o wschodnim wyczuciu prawa.
Nie moja sprawa oceniać, czy kara była sprawiedliwa, czy też nie - nie znam okoliczności tak, jak ci, co karę ferowali. Postawa samego piłkarza wydaje się być bardzo uczciwa - sam się przyznał, nie utrudniał, nie mataczył, nie miele językiem i nie relatywizuje swojej winy. Zastanawiają mnie jednak zasłyszane słowa komentatorów piłkarskich o tym, że Piszczek jest zbyt cenny dla reprezentacji, by go tak karać. To jakieś chore wyobrażenie prawa. Sprawiedliwość nie powinna mieć względu na osobę - nie jest sprawiedliwe, by dobry piłkarz miał być łagodniej karany, bo lepiej gra. Co to znaczy? Czyżbyście chcieli, by komuś uchodziło na sucho uwiedzenie dziecka, bo jest sławnym reżyserem? Czy zażywanie kokainy, bo jest się senatorem? Czy jazda z prędkością 200 km/h po zwykłej drodze, bo jest się ministrem? Pomroczność jasna, bo jest się synem prezydenta? Dalej wymieniać? Taka ma być Polska, budowana na takim fundamencie?
No właśnie - bliżej mi do ludzi, którzy wpakują do aresztu podejrzanego o gwałt szefa wielkiego banku, niż do tych Polaków o wschodnim wyczuciu prawa.
czwartek, 28 lipca 2011
Breivik jako prawicowiec
Po tragedii w Norwegii wielokrotnie w mediach przewinęło się określenie zamachowca jako przedstawiciela "skrajnej prawicy". Podawane przez media informacje często jednak wskazywały na coś zupełnie przeciwnego.
Breivik z dużą zaciekłością atakował Kościół Katolicki za nie podzielanie jego wizji świata.
Widziałem w telewizji jego zdjęcie w stroju loży masońskiej. Przypomnę, że masoneria to ruch oświeceniowy, który odrzuciwszy wiarę w Boga założył, że "mądrzy" ludzie, współdziałając ze sobą, w oparciu o dokonania "nauk" socjologicznych, będą w stanie, za pomocą inżynierii społecznej, budować coraz lepszą cywilizację. Jest to ruch antydemokratyczny, ponieważ działa często z dużym ograniczeniem jawności, uważają, że społeczeństwo nie dojrzało do pewnych prawd. Takie ruchy ogólnie można określić mianem "gnostycznych" - są obecne od zawsze. Grupa ludzi uważa, że posiada wiedzę "tajemną", niedostępną dla ogółu, postrzeganego często jako "tępa masa". Posiadanie tej wiedzy daje tej grupie - według ich przekonania - szczególne prawa wobec tej "tępej masy". Ruchy gnostyczne w przekroju historii cywilizacji były i są niebezpieczne - są odpowiedzialne za wiele największych cywilizacyjnych tragedii w historii świata. Masoneria ma też wyraźne lewicowe sympatie, bo lewica też często popada w gnostycyzm. Z punktu widzenia nauki Kościoła Katolickiego masoneria jest nie do pogodzenia z chrześcijańskim widzeniem świata. Zostając członkiem loży masońskiej automatycznie ekskomunikujemy się z Kościoła.
Breivika określono też w mediach wielokrotnie jako neonazistę. Przypomnę, że nazizm to nazwa niemieckiej odmiany faszyzmu, czyli narodowego socjalizmu. Naziści byli socjalistami - sami się tak nazywali (NSDAP oznacza Narodowo-Socjalistyczną Niemiecką Partię Pracy) i tak też działali - starali się, by państwo ingerowało w jak największą ilość aspektów życia. Społeczeństwo było traktowane jako tkanka, którą się formuje, a niepotrzebne czy chore fragmenty wycina - dokładnie tak samo, jak widzieli to komuniści. Te lewicowe zapędy do tworzenia "idealnych" społeczeństw doprowadziły najpierw do śmierci i nędzy narody Związku Sowieckiego, potem do tragedii narodu niemieckiego i okupowanych przez Trzecią Rzeszę Niemiecką krajów, to te ideologie "inżynierii społecznych" zabiły miliony mieszkańców Kambodży, a potem innych krajów Indochin. To przez te lewicowe utopie cierpi do dziś wiele krajów Afryki. Breivik jako naonazista jest ich spadkobiercą.
Breivik z dużą zaciekłością atakował Kościół Katolicki za nie podzielanie jego wizji świata.
Widziałem w telewizji jego zdjęcie w stroju loży masońskiej. Przypomnę, że masoneria to ruch oświeceniowy, który odrzuciwszy wiarę w Boga założył, że "mądrzy" ludzie, współdziałając ze sobą, w oparciu o dokonania "nauk" socjologicznych, będą w stanie, za pomocą inżynierii społecznej, budować coraz lepszą cywilizację. Jest to ruch antydemokratyczny, ponieważ działa często z dużym ograniczeniem jawności, uważają, że społeczeństwo nie dojrzało do pewnych prawd. Takie ruchy ogólnie można określić mianem "gnostycznych" - są obecne od zawsze. Grupa ludzi uważa, że posiada wiedzę "tajemną", niedostępną dla ogółu, postrzeganego często jako "tępa masa". Posiadanie tej wiedzy daje tej grupie - według ich przekonania - szczególne prawa wobec tej "tępej masy". Ruchy gnostyczne w przekroju historii cywilizacji były i są niebezpieczne - są odpowiedzialne za wiele największych cywilizacyjnych tragedii w historii świata. Masoneria ma też wyraźne lewicowe sympatie, bo lewica też często popada w gnostycyzm. Z punktu widzenia nauki Kościoła Katolickiego masoneria jest nie do pogodzenia z chrześcijańskim widzeniem świata. Zostając członkiem loży masońskiej automatycznie ekskomunikujemy się z Kościoła.
Breivika określono też w mediach wielokrotnie jako neonazistę. Przypomnę, że nazizm to nazwa niemieckiej odmiany faszyzmu, czyli narodowego socjalizmu. Naziści byli socjalistami - sami się tak nazywali (NSDAP oznacza Narodowo-Socjalistyczną Niemiecką Partię Pracy) i tak też działali - starali się, by państwo ingerowało w jak największą ilość aspektów życia. Społeczeństwo było traktowane jako tkanka, którą się formuje, a niepotrzebne czy chore fragmenty wycina - dokładnie tak samo, jak widzieli to komuniści. Te lewicowe zapędy do tworzenia "idealnych" społeczeństw doprowadziły najpierw do śmierci i nędzy narody Związku Sowieckiego, potem do tragedii narodu niemieckiego i okupowanych przez Trzecią Rzeszę Niemiecką krajów, to te ideologie "inżynierii społecznych" zabiły miliony mieszkańców Kambodży, a potem innych krajów Indochin. To przez te lewicowe utopie cierpi do dziś wiele krajów Afryki. Breivik jako naonazista jest ich spadkobiercą.
PO-parcie
Dziś usłyszałem, że do Senatu z poparciem PO będą startować "niezależni" kandydaci: Izabela Sierakowska, Włodzimierz Cimoszewicz i Marek Borowski. To jest skuteczne uprawianie polityki. Buduje się i straszaka na koalicjanta - na kampanię przedwyborczą i ewentualne renegocjacje umowy koalicyjnej po wyborach, ale też buduje się realną alternatywę dla PSLu i dobry sprzęg do współpracy koalicyjnej z SLD, poniekąd osłabia się tamtą partię, odbierając jej część wyborców, konsekwentnie buduje się partię "szeroką" - jedyny model, który może doprowadzić do długoletniej samodzielnej władzy w kraju.
Nieważne, czy wygra te przyszłe wybory PiS (co jest prawdopodobne, ale mało), czy PO - tego typu posunięcia gwarantują, że przez następne cztery lata Polska pozostanie jedynym dużym europejskim krajem, gdzie wśród dwóch największych partii nie ma partii socjaldemokratycznej. Za co obu partiom ze szczerego serca mówię: dziękuję.
Nieważne, czy wygra te przyszłe wybory PiS (co jest prawdopodobne, ale mało), czy PO - tego typu posunięcia gwarantują, że przez następne cztery lata Polska pozostanie jedynym dużym europejskim krajem, gdzie wśród dwóch największych partii nie ma partii socjaldemokratycznej. Za co obu partiom ze szczerego serca mówię: dziękuję.
Koleje syna premiera
Dziś poczytałem sobie o wyjaśnieniach syna Donalda Tuska wobec sprawy, o której pisałem wczoraj. Pisze on, że jest specjalistą ds. kolei, że jechało kilku dziennikarzy, że nie chce nic ojcu zawdzięczać, ale ma prawo budować swoje życie. Ogólnie tłumaczenie wygląda tak - jako specjalista od kolei mogłem na tę konferencję do Chin pojechać.
Syn premiera nie zauważa w tych wyjaśnieniach prawdziwego problemu, który tu istnieje. Problemem nie jest to, że pojechał do Chin na konferencję. Problem tkwi w tym, że nie pojechał tam za swoje pieniądze ani za pieniądze swojej redakcji. Pojechał za pieniądze z państwowej kasy, do której klucze dzierży rząd jego ojca, i za pieniądze chińskiej firmy, która od rządu jego ojca otrzymała miliardowy kontrakt. To jest problem. I o tym młody Tusk nie pisze. Być może w ogóle tak na tę sytuację nie patrzy - co świadczy o degeneracji moralnej - w młodym wieku.
Swoją drogą, przypomina mi się, jak pierwsi dziennikarze śledczy polskiego Newsweeka opisywali po roku działalności swoje doświadczenia w tropieniu afer w naszym kraju. Pisali, że najbardziej poraził ich prymitywizm tych ludzi, którzy wprost mówili, że załatwią, co trzeba, tylko chcą tyle a tyle łapówki. Żadnych lekkich sygnałów, tylko brutalnie - prosto z mostu. Tu tak przecież też można byłoby się postarać - Agora dostałaby od PKP zlecenie na kampanię reklamową po trochę zawyżonych kosztach, a młody Tusk jako dziennikarz "Gazety Wyborczej" wyjechałby do Chin za pieniądze redakcji. To, że tak nie zrobiono, może świadczyć o tym, że finezja w korupcji w Polsce nie jest jeszcze potrzebna.
Syn premiera nie zauważa w tych wyjaśnieniach prawdziwego problemu, który tu istnieje. Problemem nie jest to, że pojechał do Chin na konferencję. Problem tkwi w tym, że nie pojechał tam za swoje pieniądze ani za pieniądze swojej redakcji. Pojechał za pieniądze z państwowej kasy, do której klucze dzierży rząd jego ojca, i za pieniądze chińskiej firmy, która od rządu jego ojca otrzymała miliardowy kontrakt. To jest problem. I o tym młody Tusk nie pisze. Być może w ogóle tak na tę sytuację nie patrzy - co świadczy o degeneracji moralnej - w młodym wieku.
Swoją drogą, przypomina mi się, jak pierwsi dziennikarze śledczy polskiego Newsweeka opisywali po roku działalności swoje doświadczenia w tropieniu afer w naszym kraju. Pisali, że najbardziej poraził ich prymitywizm tych ludzi, którzy wprost mówili, że załatwią, co trzeba, tylko chcą tyle a tyle łapówki. Żadnych lekkich sygnałów, tylko brutalnie - prosto z mostu. Tu tak przecież też można byłoby się postarać - Agora dostałaby od PKP zlecenie na kampanię reklamową po trochę zawyżonych kosztach, a młody Tusk jako dziennikarz "Gazety Wyborczej" wyjechałby do Chin za pieniądze redakcji. To, że tak nie zrobiono, może świadczyć o tym, że finezja w korupcji w Polsce nie jest jeszcze potrzebna.
środa, 27 lipca 2011
Zabawna sytuacja w TVP Info
Byłem dziś świadkiem zabawnej sytuacji w TVP Info. Podano dziś informację, że w piątek zostanie opublikowany raport komisji w sprawie katastrofy smoleńskiej. To był też główny temat dyskusji. Prowadzący program powiedział w pewnej chwili, że dostał informację, że właśnie zaczyna się konferencja Prawa i Sprawiedliwości, więc rozpoczną jej relacjonowanie. No i moim oczom ukazał się któryś z polityków PiS, który - ku mojemu lekkiemu zdumieniu, a chyba ku ogromnemu realizatorów programu - zamiast o raporcie komisji zaczął mówić o synu premiera Tuska, który na koszt podatnika (a dokładnie PKP) pojechał na wycieczkę do Chin. Współorganizatorem wyprawy była według polityka spółka COVEC, która otrzymała od polskiego rządu zlecenie na budowę odcinków autostrady A2.
Relacja z konferencji została bardzo szybko przerwana - w pół słowa, w trakcie wypowiedzi polityka PiS. Co więcej, prowadzący program nawet nie zająknął się na temat przekazu, przeszedł do innego tematu tak, jakby tej relacji w ogóle nie było.
Ciekaw jestem, czy temat poruszony w tym fragmencie znajdzie jakieś miejsce w mediach? Swoją drogą, uważam, i powtarzam to w różnych gronach, moim zdaniem największym zagrożeniem dla budowy społeczeństwa wolnego i bogatego jest korupcja. Najbardziej cenię dwuletnie rządy PiSu za zdecydowaną walkę z korupcją, i największe pretensje do PO mam o zaniechanie tej walki. Wczoraj komisja sejmowa ds. śmierci Barbary Blidy opublikowała swoje wnioski - poparły je i SLD, co nie dziwi, i PSL, co też nie dziwi za bardzo, ale też i PO. A ja chciałbym, żeby w polskim społeczeństwie nie było świętych krów, których nie wolno aresztować, karać, prowadzić przeciwko nim śledztwa. Wydaje mi się, że istnieje "porozumienie ponad podziałami", że nie tyka się działaczy prominentnych, cokolwiek by nie robili. I to pozwolenie na kolesiostwo jest wyczuwane przez społeczeństwo, i przenosi się na inne sfery życia społecznego. A ja wolałbym rzymską zasadę, według której żona Cezara jest poza wszelkim podejrzeniem, i drugą, o prawie twardym, ale obowiązującym. Pamiętacie, jak Zyta Gilowska rozstawała się z Platformą? Sprawa z synem Tuska jest chyba podobnego kalibru.
Relacja z konferencji została bardzo szybko przerwana - w pół słowa, w trakcie wypowiedzi polityka PiS. Co więcej, prowadzący program nawet nie zająknął się na temat przekazu, przeszedł do innego tematu tak, jakby tej relacji w ogóle nie było.
Ciekaw jestem, czy temat poruszony w tym fragmencie znajdzie jakieś miejsce w mediach? Swoją drogą, uważam, i powtarzam to w różnych gronach, moim zdaniem największym zagrożeniem dla budowy społeczeństwa wolnego i bogatego jest korupcja. Najbardziej cenię dwuletnie rządy PiSu za zdecydowaną walkę z korupcją, i największe pretensje do PO mam o zaniechanie tej walki. Wczoraj komisja sejmowa ds. śmierci Barbary Blidy opublikowała swoje wnioski - poparły je i SLD, co nie dziwi, i PSL, co też nie dziwi za bardzo, ale też i PO. A ja chciałbym, żeby w polskim społeczeństwie nie było świętych krów, których nie wolno aresztować, karać, prowadzić przeciwko nim śledztwa. Wydaje mi się, że istnieje "porozumienie ponad podziałami", że nie tyka się działaczy prominentnych, cokolwiek by nie robili. I to pozwolenie na kolesiostwo jest wyczuwane przez społeczeństwo, i przenosi się na inne sfery życia społecznego. A ja wolałbym rzymską zasadę, według której żona Cezara jest poza wszelkim podejrzeniem, i drugą, o prawie twardym, ale obowiązującym. Pamiętacie, jak Zyta Gilowska rozstawała się z Platformą? Sprawa z synem Tuska jest chyba podobnego kalibru.
środa, 15 czerwca 2011
Film obejrzany: Wielki film (Big Fat Important Movie)
Wczoraj obejrzałem nagrany wcześniej i emitowany przez HBO "Wielki film" w reżyserii Davida Zuckera. Film nosi w oryginale tytuł "An American Carol", jest jednak znany również jako "Big Fat Important Movie" - tak też jego oryginalny tytuł podał polski emitent.
Jest to komedia, oparta na szkielecie znanym z "Opowieści wigilijnej" Karola Dickensa. Do głównego bohatera, który jest złym człowiekiem, przychodzą trzy duchy. Oglądając z nimi różne sceny, dochodzi do refleksji nad własnym życiem i nawraca się.
Film jest o tyle ciekawy, że komedia, choć łatwa do przyswojenia, jest jednocześnie o dosyć poważnych tematach - patriotyzmie i manipulacji opinią. Głównym bohaterem jest Michael Malone (parodia reżysera Michaela Moore'a), który w swoich "dokumentalnych" filmach opluwa Amerykę.
Film wart obejrzenia - niektóre sceny są dla Amerykanina, ale przy wielu pośmiejecie się gorzko i z nieobcej nam politycznej manipulacji. Moja ulubiona scena: wywiad w telewizji, no i fundamentalistyczni chrześcijanie, którzy są równie groźni, co i fundamentalistyczni muzułmanie.
Popatrzcie też, jak patriotycznie usposobieni Amerykanie próbują walczyć z lewicową propagandą: komedia jest lekka, zabawna, o sprawach poważnych mówi prosto. Pokazuje w bardzo przystępny sposób, jakie niebezpieczeństwa kryją się za z pozoru słusznymi hasłami, oraz że poglądy wynoszonych na lewicowy piedestał autorytetów niekoniecznie były takie, jak próbuje się je przedstawiać.
W filmie wystąpiło kilku znanych aktorów, m. in. Jon Voight, Dennis Hopper i Leslie Nielsen, dla którego był to jeden z ostatnich filmów.
Jest to komedia, oparta na szkielecie znanym z "Opowieści wigilijnej" Karola Dickensa. Do głównego bohatera, który jest złym człowiekiem, przychodzą trzy duchy. Oglądając z nimi różne sceny, dochodzi do refleksji nad własnym życiem i nawraca się.
Film jest o tyle ciekawy, że komedia, choć łatwa do przyswojenia, jest jednocześnie o dosyć poważnych tematach - patriotyzmie i manipulacji opinią. Głównym bohaterem jest Michael Malone (parodia reżysera Michaela Moore'a), który w swoich "dokumentalnych" filmach opluwa Amerykę.
Film wart obejrzenia - niektóre sceny są dla Amerykanina, ale przy wielu pośmiejecie się gorzko i z nieobcej nam politycznej manipulacji. Moja ulubiona scena: wywiad w telewizji, no i fundamentalistyczni chrześcijanie, którzy są równie groźni, co i fundamentalistyczni muzułmanie.
Popatrzcie też, jak patriotycznie usposobieni Amerykanie próbują walczyć z lewicową propagandą: komedia jest lekka, zabawna, o sprawach poważnych mówi prosto. Pokazuje w bardzo przystępny sposób, jakie niebezpieczeństwa kryją się za z pozoru słusznymi hasłami, oraz że poglądy wynoszonych na lewicowy piedestał autorytetów niekoniecznie były takie, jak próbuje się je przedstawiać.
W filmie wystąpiło kilku znanych aktorów, m. in. Jon Voight, Dennis Hopper i Leslie Nielsen, dla którego był to jeden z ostatnich filmów.
Francja nie chce małżeństw homoseksualnych
Francuskie Zgromadzenie Narodowe odrzuciło wczoraj stosunkiem głosów 293 do 222 projekt ustawy, legalizującej małżeństwa homoseksualne.
W kontekście odrzucenia warto zwrócić uwagę na opinię Marine Le Pen, przywódczyni Frontu Narodowego. Powiedziała ona to, co i mi chodzi po głowie w kontekście takich propozycji. Jeżeli zgodzimy się na to, że definicja małżeństwa powinna ulec zmianie - dokładniej poszerzeniu, to trudno będzie powstrzymać się od pytania - co limituje tę definicję? I nie chodzi tu o kozę czy psa jako "współmałżonka", bo świadomość byłaby granicą łatwą do akceptacji. Chodzi o to właśnie, o czym powiedziała Marine Le Pen - dlaczego ograniczać definicję małżeństwa do związku DWÓCH dowolnych osób? Mamy w końcu i w historii, i w dzisiejszym świecie trochę przykładów kultur poligamicznych. Dlaczego dwa ma być lepsze niż trzy? Trudno byłoby znaleźć przekonujące racje, nie narażając się na te same zarzuty, które dziś wysuwane są wobec tych, którzy bronią tradycyjnej definicji. Co więcej, trzeba byłoby pójść konsekwentnie dalej, bo przecież trzy nie jest w niczym lepsze od czterech, a siedem to taka szczęśliwa liczba.
No i dwie konsekwencje, przychodzące do głowy od razu. Batalia o definicję małżeństwa to także batalia o prawa - do dziedziczenia bez konieczności płacenia podatku, do adopcji czy wychowywania dzieci na wypadek śmierci współmałżonka. Przy legalizacji poligamii z takiego mechanizmu mogłyby korzystać grupy ludzi, na przykład sekty, do unikania opodatkowania przy przekazywaniu majątku czy też do pozyskiwania dzieci i wychowywania ich według panujących w sekcie systemów wartości.
W kontekście odrzucenia warto zwrócić uwagę na opinię Marine Le Pen, przywódczyni Frontu Narodowego. Powiedziała ona to, co i mi chodzi po głowie w kontekście takich propozycji. Jeżeli zgodzimy się na to, że definicja małżeństwa powinna ulec zmianie - dokładniej poszerzeniu, to trudno będzie powstrzymać się od pytania - co limituje tę definicję? I nie chodzi tu o kozę czy psa jako "współmałżonka", bo świadomość byłaby granicą łatwą do akceptacji. Chodzi o to właśnie, o czym powiedziała Marine Le Pen - dlaczego ograniczać definicję małżeństwa do związku DWÓCH dowolnych osób? Mamy w końcu i w historii, i w dzisiejszym świecie trochę przykładów kultur poligamicznych. Dlaczego dwa ma być lepsze niż trzy? Trudno byłoby znaleźć przekonujące racje, nie narażając się na te same zarzuty, które dziś wysuwane są wobec tych, którzy bronią tradycyjnej definicji. Co więcej, trzeba byłoby pójść konsekwentnie dalej, bo przecież trzy nie jest w niczym lepsze od czterech, a siedem to taka szczęśliwa liczba.
No i dwie konsekwencje, przychodzące do głowy od razu. Batalia o definicję małżeństwa to także batalia o prawa - do dziedziczenia bez konieczności płacenia podatku, do adopcji czy wychowywania dzieci na wypadek śmierci współmałżonka. Przy legalizacji poligamii z takiego mechanizmu mogłyby korzystać grupy ludzi, na przykład sekty, do unikania opodatkowania przy przekazywaniu majątku czy też do pozyskiwania dzieci i wychowywania ich według panujących w sekcie systemów wartości.
Subskrybuj:
Posty (Atom)



